Jamie z planety Ziemia – relacja z wrocławskiego koncetu Jamiego Woona

Data: 25 marca 2012 Autor: Komentarzy:

Jamie z planety Woon – mieszkaniec Ziemi. Brytyjczyk już od pierwszych sekund nie pozostawił złudzeń, rzucając zdawkowe „How you doing?” i momentalnie przechodząc do dzieła, że to zwyczajny rutynowy koncert, gdzieś między popołudniową drzemką a bułką z dżemem na kolację; część codziennego rytuału. Jak na rzemiosło, wykonanie było staranne, profesjonalne i schludne. Nawet jeśli zabrakło finezji, to występ miał kilka jasnych punktów.

Woon wywrócił Mirrorwriting do góry nogami – było leniwie, konwencjonalnie, antyelektronicznie, ale eklektycznie. Towarzyszył mu trzyosobowy zespół, w składzie basista, gitarzysta i perkusista, a i sam piosenkarz pogrywał sobie na gitarze. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak brzmieliby The White Stripes z Carlosem Santaną grający reggae, to ten koncert mógł być pewną tego namiastką. Główny program wieczoru składał się z dziesięciu numerów, w większości pochodzących z debiutanckiego krążka Woona, począwszy od reggae’ującego „Street” aż po zadziwiająco natchnione „Waterfront”. Jamie na żywo brzmi równie zjawiskowo jak na płycie i to właśnie jego nienaganny wokal w dużej mierze uczynił występ wartym zobaczenia.

Choć koncertowe aranże piosenek z początku zdawały się brzmieć interesująco, następne numery kolejno wpadały w pułapkę leniwej monotonii, odkrywającej ich strukturalne mankamenty. Przyjęta gitarowa konwencja błądziła gdzieś pomiędzy latynoską sentymentalnością a rockowym przytupem, ale efekt okazał się zupełnie bezkształtny i do cna wypłukany z charakteru. „Night Air” inkorporowało neodyskotekowe elementy, „Blue Truth” czy „Echoes” raz po raz przerywała ściana gitar, a „Lady Luck” pozbawione animuszu oryginału, jawiło się jako coś na kształt gitarowego Zorby.

Na bis Woon powrócił już bez zespołu, aby kolejne cztery piosenki wykonać zupełnie solo, akompaniując sobie przy dwóch pierwszych na gitarze. Była to bez wątpienia najlepsza część tego wieczoru. Akustyczne „TMRW” nie tylko nie uroniło niczego z magii studyjnej wersji, ale było możliwie nawet bardziej intymne i szczere, a irlandzki klasyk „Will Ye Go Lassie Go”, który Woon określił jako jedną ze swoich ulubionych piosenek, zabrzmiał bardzo osobiście i ostatecznie dopełnił czaru. Piosenkarz zakończył zręcznie bawiąc się wokalem i beatboxem w swoich – pierwszym („Wayfaring Stranger”) i ostatnim („Spirits”) singlu. Dał tym samym do zrozumienia, że wbrew pierwszej części występu, nie zapomniał jeszcze o macierzystej planecie Woon i, miejmy nadzieję, powróci na nią by nagrać swój drugi krążek.

Komentarze

komentarzy