Wydarzenia

Mr Krime & Soulbowl: Press Play #8

Data: 13 czerwca 2012 Autor: Komentarzy:

Ósme wydanie Press Play postanowiliśmy urozmaicić gościnnym udziałem Mr Krime’a, którego talent i gust muzyczny niejednokrotnie sprawdził się przy setkach okazji. W oczekiwaniu na kolejne produkcje/mixtape’y/imprezy przeczytajcie jaka płyta nie schodzi z jego głośników w ostatnich dniach. Propozycje redakcji też niczego sobie, zapraszamy!

Mr Krime

 Robert Glasper, Double Booked, Blue Note, 2009

Płytą, do której wracam ostatnio regularnie, to Double Booked Roberta Glaspera – pianisty jazzowego znanego z bliskich związków z hip hopem. Wpadła mi w ręce kilka lat temu i było to pierwsze zetknięcie z twórczością tego pana, o którym co prawda coś tam już wcześniej słyszałem…

Można powiedzieć, że album składa się z dwóch części – akustycznej i „zelektryfikowanej”. Całość zaskoczyła mnie świeżym podejściem do jazzu, tu i ówdzie zabarwionym hip hopowymi, postdillowskimi naleciałościami. Może nie dosłownie – wciąż mocno słychać jazzowe korzenie. Glasper ma swój własny język, który jest na tyle charakterystyczny, że bardzo mi się podoba. Brak tu raczej typowych solówek, muzyka cały czas płynie. Można by rzec, że to specyficzny rodzaj ciągłej narracji, co również jest znakiem rozpoznawczym pianisty.
Za kompanów ma tam m.in. fenomenalnego bębniarza, w mojej opinii jednego z najciekawszych od dłuższego czasu – Chrisa „Daddy” Dave’a oraz świetnego i oryginalnego saksofonistę, robiącego też robotę na vocoderze, Casey’a Benjamina.

Podsumowując – jest to płyta raczej dla wymagającego słuchacza, ale bardzo piękna i wielowymiarowa. Przesłuchałem ją naprawdę wiele razy i póki co mi się nie znudziła!!

Eye Ma 

TLC, CrazySexyCool, LaFace, 1994

TLC u mnie na playliście? To żadna nowość. Nie ma tygodnia w którym nie słuchałabym któregoś albumu tej grupy. Tym razem padło na CrazySexyCool. Nie potrafię powiedzieć czy jest to najlepszy krążek tria, bo za każdym razem kiedy sprawdzam ich dyskografię moje zdanie na ten temat jest płynne. Na pewno jednak album znajduje się we wszystkich rankingach ulubionych płyt z lat 90., przeszedł już do historii i bez wątpliwości można go nazwać klasykiem. Nie wypada nie znać. Single takie jak „Creep” i „Waterfalls” oraz nagrania takie jak „Case of the Fake People” czy „Take Our Time” nigdy mi się nie znudzą.

Chojny

All Good Funk Alliance – Jacks of All Trades , 2012 

Kilka ostatnich popołudni spędziłem nadrabiając zaległości z tegorocznych funkowych nagrań. Mógłbym napisać o paru naprawdę interesujących projektach: o niesamowicie nowoorleańskim Needle in the Groove od Papa Grows Funk, o eklektycznym Post-Hummus od Fog Digging Sessions, albo o Tabla Rock – indyjskiej odpowiedzi Shawna Lee na kultowe Bongo Rock autorstwa Incredible Bongo Band. Postanowiłem jednak wyróżnić najnowszy projekt zespołu All Good Funk Alliance. Jacks of All Trades ma w sobie wszystko co wskazywałoby na to, że gatunek wciąż ma się bardzo dobrze i elastycznie dostosowuje się do współczesnych czasów. Pomimo momentami hiphopowo-house’owego zacięcia, prym wiedzie tutaj klasyczna funkowa pulsacja budząca skojarzenia głównie z uwielbianym przeze mnie waszyngtońskim stylem go-go. Sojusz godny polecenia.

K.Zięba

Amalia, Art Slave, Tokyo Dawn Records, 2011

Kolejna płyta z ubiegłego roku wokół której było stanowczo za mało zamieszania. Amalia gra tak, jakby brała lekcję zadziorności od N. Costa’y, ćwiczyła śpiew z B. Davis i wychowała się na ekspresji Prince’a. Futurystyczny funk w wykonaniu Opolopo zostawia konkurencję daleko w tyle, czego przykładem mogą być parkietowe petardy ( „Life’s A Dance”, „Bonafide”, „Welcome To Me”) czy wolniejsze kąski („Art Slave”, „All The Funk I Need”). Będę wracał do tego albumu przez długi czas.

Kurtek Lewski

Caetano Veloso, Caetano Veloso, Philips, 1968

Drugi album legendy brazylijskiego nurtu tropicália – Caetano Veloso. Nieopisane bogactwo dźwiękowe, niewyczerpane źródło inspiracji – nowoczesny, oparty na rock & rollu pop, zbudowany wokół tradycyjnych brazylijskich gatunków muzycznych takich jak samba czy bossa nova. Niesamowite melodie, natchnione teksty i niepowtarzalny klimat. Tak najprościej można opisać najlepszy z obfitego katalogu albumów Veloso. Szerszej publice mogą być znane przebojowe „Soy loco por tí, América” czy „Alegria, Alegria”.

Lejdi K

Sade, Bring Me Home Live 2011,Epic, 2012

Do fanów Sade nie należę. Cięzko mi przebrnąć przez którykolwiek jej album bez uczucia  znużenia. Jednak po całym tygodniu słuchania przeróżnych krążków wybrałam ten, który zapadł mi w pamięci najbardziej. Bring Me Home – Live 2011 jest zapisem koncertowym jej ostatniej trasy. Żałuję, że mnie tam nie było (!!!) – całość brzmi niesamowicie. Każda nuta dopracowana i przemyślana. Sięgnijcie po to koniecznie.

MerceDiss

Ortega Cartel, Lavorama, Sixteen Pads Records, 2009

Piąty album Ortegi. Ciepły klimat, progres (w porównaniu do poprzednich płyt – niewątpliwie zasługa pana Patr00), zabawa dźwiękiem, zabawa rapem oraz eklektyzm (duża ilość gości, skity, freestyle) tworzą mieszankę, dzięki której mamy możliwość usłyszeć jedną z najluźniejszych polskich płyt. Album bardzo długi (33 utwory), jednak nie męczy. Swobodnie można dotrwać do ostatnich kawałków.

Komentarze

komentarzy