Roots’n’roll oraz Snoop przed i po reinkarnacji, czyli relacja z CLMF 2012

Data: 14 sierpnia 2012 Autor: Komentarzy:

Nie ma co ukrywać, swoim zeszłorocznym show na CLMF Kanye West podniósł poprzeczkę tak wysoko, że nie sposób mu dorównać. Nie zrobili tego Rootsi, nie zrobił tego nawet Snoop Dogg ALE! hip hopowi weterani spożytkowali przydzielony im czas na scenie najlepiej jak potrafili. Bez wątpienia oba widowiska należą do najbardziej udanych na tegorocznej edycji festiwalu.

The Roots

(fot. Monika Stolarska / Onet)

The Roots zaczęli grać kilka minut po dziewiątej, kiedy pod sceną stał już kilkutysięczny tłum. ‚Korzenie’ oddali muzyczny hołd J Dilli oraz zmarłemu niedawno raperowi MCA z Beastie Boys. Ale to był dopiero początek prawdziwego szaleństwa.

Członkowie zespołu od pierwszych minut uśmiechali się na widok rozentuzjazmowanej publiczności. Black Thought utrzymywał kontakt z widzami przez cały koncert, ?uestlove oraz F. Knuckles (choć skupieni na perkusji i bębnach) nie mogli nadziwić się pozytywnej energii płynącej z pod sceny, a gitarzyści skakali i biegali po parkiecie jak szaleni, zachęcając do wyciągania rąk w górę i klaskania. Ba, Rootsi czarowali także tanecznymi ruchami i spontanicznie przygotowaną choreografią. A wszystko to niezwykle naturalne i prawdziwe. Wydawać by się mogło, że ekscesy zburzą przygotowany przez chłopaków materiał. Nic z tych rzeczy. The Roots to profesjonaliści, którzy potrafią grać, rapować i śpiewać stojąc na jednej ręce z zamkniętymi oczami. Prawdziwi wirtuozi.

Rootsi sięgnęli po wszystko co najlepsze w ich repertuarze. Black Thought był liderem na scenie przez jakiś czas, ochoczo wywołując ducha alternatywnego hip hopu lat 90., po czym prym wiedli ?uestlove i F. Knuckless. Ich solowy występ sprawił, że publiczność na chwilę zatrzymała oddech. To niewiarygodne, wręcz niemożliwe, aby tak grać! – padały głosy z tłumu. Możliwe. W przypadku The Roots możliwe jest wszystko! Muzycznym eksperymentom nie było końca, dzięki czemu mieliśmy okazję posłuchać coverów „Sweet Child o’Mine” oraz „Jungle Boogie”. Nawet moje ulubione, soulowe i spokojne „U Got Me” zyskało intensywny wydźwięk. Nie zabrakło także nieobliczalnych, gorączkowych i pokręconych ujęć takich hitów jak „The Seed 2.0”, „The Fire” i „Thought at Work”.

Nie bez powodu nazywa się tę grupę jednym z najlepszych zespołów koncertowych. Swoją pozycję w tej kategorii umacniali przez ponad półtorej godziny w Krakowie. The Roots pokazali klasę nie tylko jeśli chodzi o techniczne przygotowanie, ale także w kwestii dobrej rozrywki i zabawy. Ich koncert można podsumować tylko jednym zwrotem: Roots’n’roll!

Snoop Dogg / Snoop Lion

(fot. Monika Stolarska / Onet)

Nie było większej zagadki na tegorocznym Coke’u niż ta, które wcielenie odsłoni przed nami Snoop. Pogłoski o jego reinkarnacji i nowym repertuarze w stylu reagge okazały się prawdziwe, ale Dogg nie stracił jeszcze poczucia własnej tożsamości na tyle, by zupełnie zrezygnować z rapowej setlisty.

Występ poprzedzony zlepkiem gangsterskich filmów przedstawiających Snoopa jako tego najgroźniejszego zawodnika w grze trwał około półtorej godziny. Raper zaczął od zachęcającej do skandowania jego imienia piosenki „I Wanna Rock”, po czym płynnie przeszedł do swoich największych hitów, a w całej swojej karierze miał ich ogrom.

Nie zabrakło klasyków Dr. Dre „The Next Episode” czy „Nuthin’ but a „G” Thang”, nie moglibyśmy się obejść bez „P.I.M.P.” 50 Centa, nie sposób było nie zagrać „Beautiful” czy cofnąć się w czasie przy dźwiękach „Gin & Juice”. Co było najśmieszniejsze lub najbardziej zdumiewające, publiczność bawiła się wspaniale nie tylko przy wyżej wymienionych numerach, ale także przy ostatnich utworach z dyskografii Snoopa, podchodzącym mocno pod techno „Sweat” i przesłodkim duecie z Katy Perry „California girls”. Snoop Lion objawił się w jednej piosence „La La La”, która została przyjęta z ogromnym entuzjazmem.

Snoop nie byłby sobą, gdyby nie odpalił jointa na scenie. Tak też się stało. Poza tym incydentem do drobnych skandali można zaliczyć taniec dwóch seksownych tancerek oraz muzyka przebranego za wielkiego psa z gigantycznym członkiem. Wszystko to jednak obrócone było w żart, robione z przymrużeniem oka.

Tempo grania kawałków było oszałamiające, wyśpiewywanym pod niebiosa wersom nie było końca. Snoop zebrał fantastyczną publiczność, która w swoim szaleństwie ustąpiła tylko na chwilę, gdy muzycy zagrali soulową wersję „Young, Wild & Free”. Jakże prawdziwe były w tamtym momencie wersy tego refrenu mogą wyobrazić sobie tylko Ci, którzy swoją młodość przeżywają równie ekscytująco jak osoby, które zdecydowały się ostatecznie zagościć na Coke’u.

Snoop powiedział, że wróci do Polski tyle razy ile będziemy go chcieli tu oglądać i słuchać. Obawiam się, że jeśli chce spełnić swoją obietnicę nie będzie w stanie wyprowadzić się z naszego kraju. O tak, Polska kocha Snoop Dogga. Z wzajemnością!

Komentarze

komentarzy