
Dwele
Greater Than One (2012)
E1 Music

To już piąty album Dwele’a, ale wokaliście wciąż nie udaje się powrócić do formy z początku kariery. Jednocześnie nie można też mówić o rozczarowaniu, bo nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu.
Greater Than One to zbiór solidnych, nastrojowych kompozycji, z których po pierwszym przesłuchaniu żadna nie zapada szczególnie w pamięć. Jak zawsze jest przyjemnie i soulowo, ale starannym i dopracowanym produkcjom brakuje pewnej magii, która zachęci słuchacza do ponownego odtworzenia albumu. Dopiero po kilku odsłuchach wyróżnia się singlowe „What Profit”, gdzie dobry tekst tworzy zgrabną całość z głosem wokalisty i gitarą w tle. W dodatku w pełni pokazuje kunszt wykonawczy Dwele’a, czego czasami brakuje innym utworom na płycie – udaje się to także dopiero w pełnym pozytywnych wibracji „Special”.
Rzecz jasna nie mogło zabraknąć też pościelowych klimatów, na co najlepszym przykładem jest zmysłowe „Obey”, nad którym unosi się duch Marvina Gaye’a (Dwele chyba jeszcze nigdy nie był tak odważny tekstowo!). Choć od jazzującego „Going Leaving” po zamykające album, kołyszące „Frankly My Dear” przechodzi się dość gładko i przyjemnie, jest na krążku jedna poważna rysa w postaci „PATrick RONald”. To nie tylko najsłabszy element Greater Than One, ale i najgorszy utwór w całej karierze Dwele’a. Miało być zabawnie i imprezowo, wyszło prostacko i tandetnie. Klubowym potencjałem dysponują za to świetne, utrzymane w średnim tempie „This Love” czy „Must Be”, w którym na featuringu udzielają się J Tait, L’Renee i Black Milk.
Dwele nie ucieka w retro czy futurystyczne brzmienia. Podąża tą samą drogą i jest wierny dźwiękom, do których przyzwyczaił słuchaczy. Ale przecież choć nikt nie wymaga od niego muzycznej rewolucji, wokalista bez wątpienia potrzebuje zmiany, która pokaże pełen wachlarz jego możliwości, jednocześnie dodając utworom czegoś intrygującego. Powiedzenie, że najbardziej lubimy to, co znamy, kolejnym razem może już się nie sprawdzić.


Komentarze