Recenzja: 2 Chainz Based on a T.R.U. Story

Data: 26 września 2012 Autor: Komentarzy:

2 Chainz

Based on a T.R.U. Story (2012)

Def Jam


Tauheed Epps ukrwyjający się pod pseudonimem 2 Chainz to jedno z nagorętszych obecnie nazwisk na rynku. Udzielał się w kawałkach Kanyego Westa czy Big K.R.I.T.’a.  W wieku 35. lat postanowił wydać swój pierwszy album. Mogłoby się zatem wydawać, że do tego czasu raper zebrał godny uwagi materiał i ma coś do powiedzenia. Jaka okazuje się rzeczywistość? Nijaka. A właściwie czarna, jak tło okładki albumu. I łańcuchy tak naprawdę są plastikowe i świecą sztucznym blaskiem.

Plastikowe to nie określenie na wyrost. Jeśli autor za wszelką cenę pragnął komercyjnego sukcesu, to mu się udało. Osiągnął go jednak kosztem całkowitej oryginalności i dobrego smaku. Wszystko jest tu do bólu mainstreamowe, a w czasie pierwszego odsłuchu co chwilę ma się wrażenie, że to już gdzieś było. Brak własnego stylu i pomysłowości raper stara się zatuszować ciągłymi zapożyczeniami od kolegów z branży, głównie od Lil’ Wayne’a, notabene pojawiającego się tutaj w przyzwoitym „Yuck!” na featuringu. Goście na Based on a T.R.U. Story to ważna kwestia, ale są oni jednocześnie zaletą i bolączką gospodarza. Raperowi udało się zaprosić pokaźne grono gwiazd, którzy jednak za każdym razem kradną mu show. Bo kiedy słaby flow 2 Chainza już po kilku utworach zaczyna męczyć, pojawienie się Kanyego Westa w „Birthday Song” czy Drake’a w „No Lie” jest jak miód dla uszu. Nawet wszędobylska Nicki Minaj w zuchwałym „I Luv Dem Strippers” brzmi lepiej od gospodarza. Z tej czeluści zła i miernoty wyróżnia się jedynie kilka bangerów („I’m Different” czy wpadające w ucho „Bithday Song”). Ze świecą szukać zapadających w pamięć wersów i refrenów. Przynajmniej bity zasługują tutaj na dobre słowo – oklepane, ale profesjonalnie wyprodukowane ratują ten album przed byciem kompletną katastrofą.

Płyty zawierające wulgrane treści lub niecenzuralny język mają na swoich okładkach specjalną nalepkę „Parental Advisory”. Dla solowego debiutu 2 Chainza powinna powstać jeszcze jedna: „Nie musisz – nie słuchaj”. Bo jeśli zastanawialiście się nad przesłuchaniem Based on a T.R.U. Story to usiądźcie, weźcie głęboki oddech i poczekajcie na coś wartego czasu i pieniędzy. Pan Epps niech ponosi swoją artystyczną klęskę sam.

Komentarze

komentarzy