Bo zupa była za słona, czyli relacja z koncertu Jessie Ware w warszawskim klubie 1500 m2

Data: 18 listopada 2012 Autor: Komentarzy:

(fot. wp.pl)

Bilety na koncert Jessie Ware w warszawskim klubie 1500 m2 zostały wyprzedane bardzo wcześnie, dużo wiernych fanów stało przed klubem z błagającym wyrazem twarzy i kartką „KUPIĘ BILET”. Kolejka do wejścia niby długa, jednak poszła bardzo sprawnie. Występ miał rozpocząć się punkt 21, ale tradycyjnie doszło do opóźnienia. Nietradycyjna natomiast będzie nasza relacja, która skupi się na odpieraniu narzekań dotyczących koncertu, naszej ulubionej grupy malkontentów. Bo brzydko ubrana, bo nagłośnienie słabe, bo jak można nie wyjść na bis, bo zero kontaktu z publicznością, bo półplayback, bo za dużo ludzi, a koronka jest już dawno passe. Zapraszamy do lektury!

No, rzeczywiście, trochę tak, jak z płyty, mogłaby pokombinować z aranżacjami.

Na zmiany w aranżacjach jest jeszcze za wcześnie – przecież dopiero co Devotion ujrzało światło dzienne. Można by było narzekać, że brakuje w występach live jakiegoś powiewu świeżości i przemiany, gdyby występowała z tym samym materiałem przez 14 lat jak Lauryn Hill. Pozwólmy jednak Jessie najpierw zakatować obecne wersje, a później niech sobie kombinuje do woli. Poza tym co z aranżacją numeru „No To Love” zmieszaną z klasykiem Marvina Gaye’a „I Want You”? Miód dla uszu.

(fot. wp.pl)

Początkowo sądziłam, że to trema, ale nie… Pani Ware odwaliła chałturkę wczoraj! Zaledwie godzinny koncert, znikomy kontakt z publicznością, już nie wspomnę, że autografy w ogóle nie wchodziły w grę, wtf?! To takie podziękowanie za swoją pierwszą złotą płytę?! Momenty genialne były, nie powiem, chociażby wykonanie „Running”, ale o co chodziło z tym playbackiem?! Czuję niedosyt i rozczarowanie, eh…

Jak można nazwać koncert, w który artysta włożył mnóstwo emocji, chałturką. Bo występ nie trwał 2 godziny? Szok. Dla niektórych może lepiej byłoby, gdyby po trzy razy wyśpiewała te same utwory, jednak wtedy padałyby pewnie z kolei głosy „jak można śpiewać ciągle to samo?!”
Komentarz o braku kontaktu z publicznością, muszę przyznać, zaskoczył nas najbardziej. Jessie średnio co 2 piosenki odzywała się do zgromadzonej w klubie publiczności – opowiadała przecież o utworach, wrażeniach z Openera, złotej płycie. Nieustannie dziękowała. Mówiła o osobie, która napisała jej, że powinna śpiewać „Taking In Water” (kontakt internetowy), machała i uśmiechała się do dziewczyn tańczących i śpiewających każdą piosenkę, dodając im przy tym słodko I see you! (pozdrawiamy serdecznie owe Panie, które wspomniały nawet, że nową piosenkę poznały przez nasz portal, nie wiedząc oczywiście, że gdzieś tam z boku stoimy własnie my) – jeśli to jest ten brak kontaktu, to wolimy nie wiedzieć, co artystka powinna była zrobić, aby go nawiązać, może rzucić się w tłum?

Niektórych rozczarował również brak autografów. Rozumiemy, że ludziom sprawia wielką radość posiadanie podpisu na płycie/plakacie/czymkolwiek, uwielbianej przezeń postaci. Muzyczne doznania są jednak bardziej istotne od rozlanego na papierze atramentu. On w końcu wyblaknie. Najwyraźniej jednak każdy chodzi na koncert w innym celu. A playback – chodzi o chórki puszczone przez program? Gardło ma jedno, raczej nie da się śpiewać dwóch tekstów jednocześnie.

(fot. wp.pl)

W Poznaniu dała czadu, oprócz tego, że nie bisowała i miała KOSZMARNY strój, to wszystko na plus – nagłośnienie, zaangażowanie, kontakt z publicznością.
Niby o Poznaniu, ale narzekania podciągniemy pod Warszawę bo i tutaj głosy koronkowej bluzki słyszeliśmy. Strój! Wydawało nam się zawsze, że chodzi o m u z y k ę. Ware swym wyglądem jak i zachowaniem pokazuje samą klasę (tu jak najbardziej trafne są porównania do Sade) , nie musi świecić ciałem, żeby w 10 minut wyprzedać wszystkie bilety na koncert. Swoją prezencją i zachowaniem pokazuje miłość do muzyki, nie miłość do robienia pieniędzy czy szumu medialnego.
Nagłośnienie nam osobiście nie przeszkadzało, najwyraźniej udało się stanąć w dobrym miejscu. Chociaż trzeba przyznać, że podczas wykonywania coveru Brownstone „If You Love Me”, rzeczywiście, były częściowe problemy z dźwiękiem. Zniknęły jednak równie szybko, jak się pojawiły.

Na koniec cytat pod tytułem „wisienka na torcie”:
Ja wyszłam w połowie – płyty można posłuchać w domu: mniejszy ścisk, wygodniej… Nic nowego, innego nie pokazała

Chętnie zdobędziemy do wypowiadającej się osoby numer telefonu,żeby uzyskać odpowiedź na pytanie „Skąd wiemy, co artysta zaprezentował, jeśli wyszło się w połowie koncertu ?”, może zna także sposób żeby wiedzieć co było na koncercie nie będąc na nim? Prosimy o kontakt.

Lista utworów przedstawiała się następująco:
„Devotion”
„Still Love Me”
„Night Light”
„If You Love Me”
„Sweet Talk”
„No To Love”
„Taking In Water”
„Something Inside”
„What You Won`t Do For Love”
„110%”
„Wildest Moments”
„Running”

Ta skromna kobieta udowodniła, że rewelacyjnie brzmi na żywo, momentami lepiej niż na albumie, a swoją wysublimowaną muzyką przekazała każdą, najmniejszą nawet emocję.
Jessie Ware nie należy do performerów biegających i skaczących po scenie w kolorowych ciuszkach. Każdy, kto wybrał się na jej koncert, powinien był być tego świadomy. Przed nami koncerty w marcu. Kto nie był, musi iść!

Lejdi & Dżesi

Komentarze

komentarzy