jessie ware

Jessie Ware rozszerza swoje taneczne uniwersum

Jessie Ware - Step Into My Life

Jessie Ware - Step Into My Life

Jednoosobowa dyskoteka na kręgielni w klipie Jessie Ware

Po doskonałej duchologicznej dyskotece w teledysku do „Soul Control” Jessie Ware postanowiła rozszerzyć swoje taneczne uniwersum o kolejną scenkę rodzajową. Tym razem dyskoteka mieści się w kręgielni, zwizualizowanym numerem jest neo-dyskotekowe „Step Into My Life”, a tancerzem jest mężczyzna (Eric Schloesser) — ubrany adekwatnie do meta-retro-epoki, w której Ware osadziła swoje fantastyczne What’s Your Pleasure. Nie zmienia się natomiast zasada czasów pandemii o dystansie społecznym — Schloesser na kręgielni jest pokazany zupełnie sam. To kolejny szałowy obrazek ilustrujący nie mniej szałową płytę.

Jessie Ware na duchologicznej dyskotece w „Soul Control”

Jessie Ware - Soul Control

Jessie Ware - Soul Control

Jessie Ware prezentuje kolejny klip z What’s Your Pleasure

„Soul Control”, chyba najbardziej 80sowy z wielu 80sowych momentów na wydanym w zeszłym tygodniu fantastycznym czwartym krążku Jessie Ware What’s Your Pleasure doczekał się teledysku. Przestrzeń w klipie żywcem wyciągnięta z mokrych snów vaporwave’owców wypełniają oczywiście sztuczna mgła i kolorowe światła załamujące się na dyskotekowej kuli, ale Ware zachowała się zgodnie z zasadami pandemii i do udziału zaprosiła jedną jedyną tancerkę — wystylizowaną zresztą na podobieństwo 80sowej Janet. Tancerką tą jest Hajiba Fahmy, a klip wyreżyserowany został, dość paradoksalnie, przez I Could Never Be a Dancer.

Recenzja: Jessie Ware What’s Your Pleasure

Jessie Ware - What's Your Pleasure

Jessie Ware

What’s Your Pleasure (2020)

Universal / PMR / Virgin EMI

Szczerze? Po statecznym Glasshouse z 2017 roku nie sądziłem, że kiedykolwiek będę czekał na płytę Jessie Ware z rzeczywistym podekscytowaniem. Choć Ware zawsze była jakościowa, od jej błyskotliwego, choć odrobinę zbyt racjonalnie wyważonego debiutu Devotion sprzed ośmiu lat piosenkarka nigdy nie schodziła poniżej pewnego standardu. Problemem kolejnych płyt było natomiast kopiowanie schematu, który zapewnił jej pierwszemu krążkowi międzynarodowy sukces — choćby niebezpośrednie i mimowolne. Skutkiem tego Ware zatonęła w szufladce post-Sade, w dodatku coraz bardziej rozwadniając swoje brzmienie. Momenty, kiedy Devotion było najbardziej wyraziste — na czele z odważnym UK-bassowym „110%” (później przechrzczonym na „If You’re Never Gonna Move”), zastąpiły bardziej prostolinijne pop-soulowe mid-tempa, coraz bardziej przybliżające piosenkarkę do radiowego wzorca adult contemporary z płytoteki modelowych rodziców z Toni Braxton, Adele i Samem Smithem. Nie mogłem nie spisać Ware na straty, przynajmniej na jakiś czas, skoro wyprzedziła mnie co najmniej o pokolenie.

Tymczasem migoczące na horyzoncie już w 2018 roku What’s Your Pleasure zdawało się zwiastować ekscytującą i potrzebną woltę stylistyczną. Wydane wówczas garage-house’owe „Overtime” zrealizowane wraz z Jamesem Fordem nie kreśliło jej jeszcze jednoznacznie, ale pokazywało potencjał i zarysowywało perspektywę. Następne, wypuszczane bez pośpiechu na przestrzeni kolejnych półroczy single nie pozostawiały już jednak złudzeń — oto Jessie Ware zamierzała wydać krążek co najmniej na wpół taneczny. Dzieło przypieczętował lutowy singiel „Spotlight” — słusznie otwierający dziś jej nową płytę Ware z wielu powodów. To nie tylko bowiem jeden z najbardziej przebojowych refrenów w karierze piosenkarki, ale przede wszystkim znakomity klucz do odsłuchu Pleasure syntezujący w sobie pewną tęsknotę, melancholię nawet zastygłą na moment w finezyjnej posągowej pozie (to poniekąd właśnie za tę wymagającą wszelkiej równowagi kreację pokochaliśmy Ware przed laty) z neo-dyskotekowym zacięciem wprowadzającym słuchacza w świat nowych brzmień Jessie Ware. Tym samym piosenkarka mocno weszła na terytorium smutnej, a przynajmniej refleksyjnej dyskoteki do tej pory okupowanego niepodzielnie przez Robyn (i, niech im będzie, Hercules & The Love Affair). „Spotlight” jak w soczewce skupia w sobie zresztą też dwa światy, które prawowicie w nowej wizji muzyki Ware współistnieją ze sobą na równych prawach — retro i futuro. Elektronika na Pleasure bywa odrobinę pastiszowa i anachroniczna — weźmy post-„Blue Monday”-owy bit w tytułowym numerze, późno-70sowe dyskotekowe smyczki w „Step Into My Life” czy synthpop splątany z boogie zupełnie jak u Lisy Lisy & The Cult Jam w „Soul Control” — ale ramy pastiszu zawsze pozostają ściśle wyznaczone przez współczesną produkcję.

Linia demarkacyjna nie przebiega tu więc pomiędzy przeszłością a przyszłością. Istotą Pleasure, pośrednio zresztą inspirującą te duchologiczne produkcyjne zabiegi, jest miejsce naturalnego styku house’u z soulem. Nie zimne future-garaże i UK bassy z początku kariery Ware, ale grzejące house’owe piecyki to okowa tych dwunastu (mniej lub bardziej, ale jednak) pulsujących bitów. Transfer od power ballady czy sophistipopowego midtempo przyszedł Ware tak naturalnie, ponieważ nigdy tak naprawdę nie porzuciła swojego emocjonalnego „ja”. What’s Your Pleasure? to kreacja na poziomie stylizacji, nie tożsamości czy emanacji. Ware wciąż brzmi eterycznie i aksamitnie, wciąż, kiedy trzeba wciela się w posągową diwę, a innym razem obnaża się emocjonalnie i uczuciowo. Rdzeń tej płyty jest niezmiennie jednako soulowy, a i wrażliwość Ware nie uległa na potrzeby krążka żadnej robotycznej kastracji, choć część muzycznych środków zastosowanych na krążku mogłaby takie przetworzenie, swoistą elektropopifikację muzyki Ware sugerować. Tymczasem przewodnikami okazują się tu poza wymienionym boogie — smooth soul, freestyle, disco i synth funk. To kreatywnie zaadaptowany do współczesności pełen wachlarz odcieni spuścizny tanecznego R&B lat 80. To zresztą jeden z powodów, dla których krążka słucha się tak dobrze — Ware i jej współpracownicy (z Jamesem Fordem na czele) sięgają po rozmaite patenty i stylistyki, swoisty kolaż brzmieniowy epoki i dzięki charyzmie scenicznej Ware i adekwatnej produkcji Forda, tworzą z nich piękny żywy muzyczny bukiet.

Przede wszystkim jest to jednak zbiór świetnych ponadczasowych popowych refrenów. Od porywającej, pulsującej melodyki otwierającego „Spotlight”, przez 80sowy minimalizm w „Ooh La La”, motoryczne, eurosoulowe „Save a Kiss” słusznie aspirujące do stania się nowym „Dancing on My Own”, przerzucające część emocjonalnego balastu na ekspresyjny bit, klasyczną freestyle’ową rytmikę podbudowaną powtarzalnymi frazami w „Read My Lips”, po uduchowione smoothsoulowe „Remember Where You Are” — symboliczny powrót Ware do soulowego matecznika, ale też numer, który z powodzeniem na jednej ze swoich płyt mogłaby umieścić Janelle Monáe. Jest w czym wybierać — album zrealizowano nie tylo z odwagą i wyczuciem, ale przede wszystkim z pomysłem. What’s Your Pleasure to nie tylko najlepszy krążek w karierze Brytyjki, ale jedna z najlepszych płyt pierwszej połowy 2020 roku.

#FridayRoundup: Jessie Ware, Arca, Khruangbin, CeeLo Green i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. W przededniu sezonu ogórkowego po raz kolejny mamy dla was fantastyczny zestaw premier. Wśród nich długo oczekiwane wydawnictwa od Jessie Ware i Arki oraz nowe krążki Khruangbin i CeeLo Greena, a także błyskotliwy debiut podopiecznej Adriana Younge’a — Angeli Muñoz. Dodatkowo na plejliście (na dole wpisu): Carlos Niño/Miguel Atwood-Ferguson, Knxwledge w dwóch odsłonach, UMI, IDK z przyjaciółmi, Miles Bonny, Ego Ella May, Brian McKnight, Wiley oraz epki Dirty Projectors, 6lacka, Lionela Boya i The California Honeydrops. Jest czego słuchać!


#FridayRoundup

What’s Your Pleasure?

Jessie Ware

Universal / PMR / Virgin EMI

Ulala! Po kilku miesiącach oczekiwania na czwartą płytę Jessie Ware, co więcej, oczekiwania podsycanego kolejnymi znakomitymi singlami, w piątek What’s Your Pleasure wreszcie ujrzało światło dzienne! Jessie Ware pozostaje w retrosoulowym sosie (gdzie retro- należy czytać jako inspiracje 80sowym sophisti-popem), ale jednocześnie to dla niej zupełnie nowe otwarcie. Reinkarnuje się muzycznie, wchodząc bezkompromisowo w nu-disco, synth funk i house. Wciąż pozostaje sensualna i wrażliwa, pełna wdzięku i pasji, ale na doskonale wyprodukowanych syntezatorowych bitach jej kreacja wchodzi na terytorium smutnej, a przynajmniej refleksyjnej dyskoteki do tej pory okupywany przez Robyn. To najlepszy krążek w karierze Brytyjki przynajmniej od przełomowego debiutu Devotion sprzed ośmiu lat, a może i w ogóle! — Kurtek


#FridayRoundup

KiCk i

Arca

XL

Manifest, muzyczne laboratorium, wylęgarnia hitów- KiCk I próbuje w swojej materii połączyć wiele muzycznych tożsamości i autonarracji, prawie tak samo jak robi to sama Arca, będąca przecież osobą transpłciową i niebinarną. Cały wachlarz queerowych tropów wyprowadzonych w ramach nieheteronormatywnej muzyki na przestrzeni ostatnich kilku lat staje się w rękach artystki narzędziami do wytwarzania transhumanistycznego popu, niezwykle żywiołowego i, przede wszystkim, wywrotowego nawet jak na jej standardy. Mamy zatem powrót do wenezuelskich korzeni w odpryskach neoperreo, dekonstruowane kluby z całym ich szumliwo-hałaśliwym asortymentem oraz ekstatyczny, rozmarzony glitch znany z poprzednich, znacznie bardziej filigranowych sonicznie dokonań. W tym całym bogatym, wielopoziomowym chaosie nie ginie jednak to, co w Arce od zawsze najmocniej oddziałujące- emocjonalny ekshibicjonizm. Odważne, ryzykowne, ale obdarzone szalonym potencjałem granie. — Wojtek


#FridayRoundup

Mordechai

Khruangbin

Dead Oceans / Night Time Stories

Tymczasem teksaskie trio Khruangbin wydaje najbardziej „wokalny”, ale i najbardziej rozwodniony album w swojej karierze (czyżby?). Mordechai to muzyka wyjęta spoza czasu; niezbyt szkodliwa, ale też niespecjalnie zajmująca. Psych-latynoska, szkicowa, „Pelota” była tu jedynie jednorazowym wyskokiem. Reszta albumu tradycyjnie bazuje na silnej podstawie złożonej z psychodelii, rocka i okołosoulowych brzmień, z których to można złożyć całe mnóstwo muzyki o niczym, reprezentowanej przez antypiosenki bez wyraźnego kierunku brzmieniowego. Jeżeli lubicie takie dryfowanie, możecie spróbować, ale my radzimy zabrać swoje szezlongi na inne podwórko. — Maja


#FridayRoundup

CeeLo Green Is Thomas Callaway

CeeLo Green

Easy Eye Sound / BMG

Szósty studyjny album Cee Lo Greena pt. CeeLo Green Is…Thomas Calloway to mieszanka soulu, rocka i country stylizowana na wydawnictwa z lat 70. Na płycie znalazło się 12 utworów, które promują single takie „jak Lead Me”, „Doing It All Together” oraz „People Watching”, prezentujące ciepłe, pozytywne brzmienie z domieszką typowego dla lidera Goodie Mob poczucia humoru. CeeLo Green Is…Thomas Calloway to również pierwszy solowy projekt artysty od 5 lat, co daje nadzieję na to, że znalazł odrobinę czasu i przestrzeni, aby odświeżyć swoje brzmienie i oddać w ręce fanów album przywodzący na myśl udane The Lady Killer sprzed 10 lat. Czy Thomas Callaway ma dziś do zaoferowania coś więcej niż radiowe hity, czy wizerunek ekscentryka? Przekonajmy się. — Adrian


#FridayRoundup

Introspection

Angela Muñoz & Adrian Younge

Linear Labs

Adrian Younge i Angela Muñoz zaczęli współpracę, kiedy artystka miała 15 lat. Zostali sobie przedstawieni przez brata, Brandona Muñoza. Adrian zauroczył się dojrzałą duszą Muñoz, a ta z kolei zainteresowała się dystyngowanym brzmieniem Younge’a. Efektem ich pracy jest wydany w wieku 18 lat Angeli, album Introspection. Głos artystki hipnotyzuje od początku do końca trwania płyty, jej emocjonalne podejście do muzyki emanuje od pierwszych taktów, a muzyczna dorosłość wyczuwalna jest na odległość. Duet, za sprawą tradycyjnie brzmiących emocjonalnych kompozycji, przenosi słuchacza do starych dobrych czasów old soulu, zachęcając do wewnętrznych przemyśleń oraz analizy własnego umysłu. — Forrel


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Jessie Ware łączy poprzez taniec

Jessie Ware przenosi punkt ciężkości swojej muzyki

Jessie Ware wypuściła właśnie klip do piątego singla promującego jej czwarty longplay What’s Your Pleasure?. Kolejny neo-dyskotekowy numer piosenkarki „Save a Kiss” wypuszczony na początku miesiąca doczekał się właśnie adekwatnego — do brzmienia numeru i na czas pandemii teledysku, w którym Ware postanowiła połączyć odizolowanych w swoich domach ludzi poprzez wspólny taniec. Mimo takiego charakteru klipu Ware i jej ekipa tancerzy pozostaje stylowa i doskonale koresponduje wizualnie z house’owym brzmieniem nowego utworu, za które odpowiada londyński producent Midland. Tym samym piosenkarka na dobre przeniosła punkt ciężkości swojej muzyki z sophistipopowej balladowości w progresywny elektropop. To niewątpliwie ekscytująca zmiana. Płyta w całości 19 czerwca. Zacieramy rączki!

Jessie Ware w tanecznym nastroju

Jessie Ware

Jessie Ware

Jessie Ware z kolejną świetną zapowiedzią nowej płyty

U la la! Jessie Ware ma ostatnio dobrą rękę do singli. Dwa miesiące po premierze natchnionego dyskotekowego „Spotlight” piosenkarka prezentuje kolejny, już czwarty singiel z jej nadchodzącej piątej płyty. „Ooh La La” to kolejny taneczny zwiastun ewidentnie inspirowanego latami 80. krążka What’s Your Pleasure spod ręki statecznej wydawałoby się już od kilku dobrych lat Ware. Na albumie, który ma ukazać się 19 czerwca, znaleźć ma się klasycznie 12 utworów wyprodukowanych m.in. przez Benjego B, Jamesa Forda i Josepha Mounta. Wśród nich znalazło się miejsce dla zeszłorocznych singli „Mirage” i „Adore You”. Kto by pomyślał, że w 2020 roku będziemy wypatrywać z zaintrygowaniem kolejnej płyty od Ware. Jakość jej ostatniego materiału nie może kłamać — warto na tę płytę czekać!

Jessie Ware w światłach reflektorów zapowiada nową płytę

Jessie Ware w światłach reflektorów zapowiada nową płytę

Jessie Ware zatęskniła za eskapizmem

Jessie Ware od długiego czasu zapowiadała powrót do muzycznych rytmów, którymi od początku swojej kariery była zainteresowana. Dała się poznać głównie jako artystka nostalgiczna, ale to muzyka klubowa drzemała w niej od zawsze. Najpierw było luźne „Overtime”, potem „Adore You” i „Mirage (Don’t Stop)”, a teraz przyszła pora na pierwszy oficjalny singiel zapowiadający najnowszy album Jessie, What’s Your Pleasure?. W klipie do singla „Spotlight”, nakręconym w Belgradzie, artystka występuje dosłownie w świetle reflektorów, odwiedzając kolejne pomieszczenia luksusowego pociągu Blue Train, należącego niegdyś do jugosłowiańskiego dyktatora Tito. W każdym z przedziałów Ware spotyka różnych oryginalnych ludzi, z którymi przystaje, by nieco potańczyć. Kawałek utrzymany jest w iście roztańczonym klimacie, z nieco przygaszonym światłem i kolorową scenerią. Pomimo że Brytyjka przejawia spokojną naturę, do teledysku opanowała nieskomplikowany układ, zapraszając tym samym widownie do zabawy.

Jessie Ware w wywiadach przyznaje, że ostatnie kilka lat poświęciła na poszukiwaniu nowego kierunku muzycznego, którym chciałaby podążyć. Nauczyła się nowych rzeczy o sobie i zapragnęła oderwać się nieco od rzeczywistości. Przyznała, że może czas pożegnać melancholijną siebie. Popieram decyzję Brytyjki i z niecierpliwością czekam na premierę krążka What’s Your Pleasure?. Nad jego kształtem Ware pracowała z dobrym przyjacielem Jamesem Fordem oraz wieloma pomocnymi ludźmi. Płyta ukaże się 5 czerwca i zgodnie z zapowiedzią wokalistki, będzie melodramatyczna, romantyczna, będzie zawierała to, co artystka kocha, a wszystko okraszone zostanie przyjemnym bitem. Ubolewam tylko, że dla zaprezentowanego w 2018 roku „Overtime” nie znaleziono miejsca na albumie. Zapoznajcie się z okładką oraz tracklistą poniżej i uzbrójcie się w cierpliwość.

Spis utworów What’s Your Pleasure?:

1 „Spotlight”
2 „What’s Your Pleasure?”
3 „Ooh La La”
4 „Soul Control”
5 „Save a Kiss”
6 „Adore You”
7 „In Your Eyes”
8 „Step Into My Life”
9 „Read My Lips”
10 „Mirage (Don’t Stop)”
11 „The Kill”
12 „Remember Where You Are”

Jessie Ware zapowiada powrót do korzeni

Jessie Ware zapowiada powrót do korzeni

Jessie Ware porzuca ballady na rzecz klubowego brzmienia

Jessie Ware kojarzona jest z przyjemnymi balladami, do których jej głos idealnie pasuje. Jednak to, czym zasłynęła, niekoniecznie chce kontynuować bez końca. Już w 2018 roku wciągającym klubowym utworem „Overtime” zapowiedziała chęć powrotu do korzeni. Kawałek został luźno wrzucony do sieci i niestety nie przyjął się. Artystka nie zrezygnowała jednak ze swoich planów i w tym roku zaprezentowała kolejne taneczne kompozycje: mieszankę funku, klasycznego hause’u i dance’u w „Adore You” oraz wyprodukowane m.in przez Ware i Matthew Tavares’a z BADBADNOTGOOD niedawne „Mirage (Don’t Stop)”. Taka dawka klubowych dźwięków zwiastuje nowy album Brytyjki, następcę Glasshouse z 2017 roku, który ukaże się na początku przyszłego roku. Odejście od miejscami ckliwych ballad i powiew świeżości, powinien wyjść Jassie na dobre.

Nowy utwór: Jessie Ware „Overtime”

Między odpoczynkiem od świeżo zakończonej trasy a zmianą pieluch, Jessie Ware postanowiła dać znak, że muzycznie jest u niej niezmiennie na dobrym poziomie. Wypuszczony nie tak dawno  w eter „Overtime”, przy dobrej promocji miałby szansę stać się kolejnym hitem w dorobku artystki. House’owe brzmienie, klimat brytyjskich klubów z przełomu lat 90. Takie melodyjniejsze „Pump Up The Jam” Technotronic. Tymczasem, zgodnie z treścią fanclubowego newslettera Brytyjki, traktujemy „Overtime” jako luźny track, prawdopodobnie zapowiadający nastrój czwartego krążka w jej dorobku. Dodatkowo wokalistka zapowiedziała kolejny sezon Table Manners, czyli podcastu który współtworzy ze swoją mamą. Jeśli gustujecie w wywiadach okraszonych humorem (niekoniecznie brytyjskim) to serdecznie polecamy.

Recenzja: Jessie Ware Glasshouse

Jessie Ware

Glasshouse (2017)

Islands Records

Dla artysty decydującym albumem jest ten trzeci. Można zadebiutować świetnie lub słabo. Przy drugim krążku, można podnieść poprzeczkę lub nie dorównać poprzednikowi. Trzecia płyta natomiast ma udowodnić, że wciąż ma się coś do zaproponowania i z tym w wielu przypadkach bywa różnie. A jak to wygląda u Jessie?

Trzeba przyznać, że Glasshouse był wyczekiwanym krążkiem, nie tylko wśród zagorzałych fanów wokalistki. Jessie na pewien czas ulotniła się z życia scenicznego, a jej brak zaczął doskwierać. Po lekkim przesycie związanym z intensywną promocją Tough Love, miło było zatęsknić za jej nową muzyką. Gdy już w lipcu usłyszałam pierwszy singiel, „Midnight”, wiedziałam, że taka przerwa wyszła jej na dobre. Kompozycja zdecydowanie wyróżnia się na tle dotychczasowych singli artystki. Utwór jest nieco hipnotyzujący, już od pierwszych sekund przykuwa uwagę delikatnym podkładem, w dalszej części zaskakuje zmianą aranżu, a wszystko idealnie spaja falset wokalistki. Zresztą na całej płycie warunki wokalne Jessie są świetnie wyeksponowane. Jej głos chyba nigdy nie brzmiał tak pewnie i zmysłowo jednocześnie. Doskonałym przykładem jest chociażby „Stay Awake, Wait for Me”. Gdybym miała dorzucić swoją cegiełkę do dobrego soundtracku z kiepskiego filmu o odcieniach szarości, to ta piosenka miałby tam swoje zasłużone miejsce. Zdecydowanym faworytem z Glasshouse jest „Selfish Love”, nad produkcją którego pracował Cashmere Cat. Duszny klimat rodem z brazylijskich klubów nocnych, eteryczny, ale i zdecydowany głos Jessie oraz klimat bossa novy. Czego chcieć więcej?

Prawie każdy utwór brzmi jak potencjalny singiel, czy to „Your Domino”, „Thinking About You” czy „Last of the True Believers”. Ten ostatni przywodzi na myśl „Say You Love Me” głównie, przez swój lekko pompatyczny charakter, „Your Domino” zaś to niewątpliwie najbardziej pozytywny moment płyty. „Sam” z kolei jest prawdopodobnie najbardziej osobistą piosenką w całej dyskografii artystki. Jako ostatni utwór na krążku stanowi swoistą klamrę idei przyświecającej Glasshouse. Wokalistka przyznawała w wywiadach, że album miał ukazać się szybciej, ponieważ chciała dokończyć go jeszcze przed urodzeniem dziecka, w pewnym momencie jednak poczuła, że traci kontrolę nad brzmieniem projektu i zdecydowała skupić się na macierzyństwie. „Sam” jest dedykacją dla dziecka i męża artystki, co wyraźnie słychać w tekście kompozycji, którego piękno tkwi w prostocie. Warto napomknąć, że akustyczny aranż, jak i delikatne chórki są autorstwa Eda Sheerana. Samo słowo Glasshouse, tłumaczone dosłownie, oznacza szklarnię lub też więzienie i poniekąd można tak interpretować macierzyństwo, związki czy dojrzałość — motywy przewodnie ostatniego albumu Ware. Dom ze szkła, w którym rozwija się nowe życie, kwitnie coś pięknego jest równocześnie zamkniętą strukturą, z której trudno się wydostać.

Koniec końców Jessie Ware nadal nagrywa pop przyprawiony szczyptą soulu, house’u, jazzu, R&B czy wspomnianej już bossa novy. Czy Glasshouse znaczy coś więcej dla kariery Jessie Ware? Trudno orzec. To zdecydowanie solidna płyta utrzymana w stylistyce, którą wokalistka z wzajemnością ukochała, ale jest też to krążek bezpieczny, zachowujący ramy swych dwóch poprzedników. Pytanie brzmi więc raczej, czy my jako słuchacze chcielibyśmy, aby Jessie wyszła ze swojej strefy komfortu czy pozostała tam, gdzie czuje się najlepiej.

#FridayRoundup: Jessie Ware, Nai Palm, H.E.R., Blu & Exile i inni

W tym tygodniu prym wiodą wokalistki. Nowe albumy jakie zaprezentowały nam dzisiaj Nai Palm, Jessie Ware czy Keyshia Cole, to z pewnością niezwykle oczekiwane wydawnictwa. Ciekawe więc jak w zestawieniu z nimi poradzi sobie debiutująca oficjalnym wydawnictwem — Snoh Aalegra. Rapowe wydawnictwa to prequel genialnego „Below the Heavens” od Blu & Exile oraz Young Dolph, a jeżeli dorzucimy do tego krążek od chłopaków z Boyz II Men, to mamy całkiem przyjemny zestaw premier. Wszystko to do sprawdzenia poniżej.


Glasshouse

Jessie Ware

Island Records

Na trzeci krążek Jessie wielu z nas czekało z utęsknieniem. Ba, bilety na jej niedawne koncerty w Polsce, rozeszły się jak świeże bułeczki. Nie dziwne, że tak wyczekiwaliśmy powrotu pani Ware, w końcu od ostatniego albumu wokalistki minęły już 3 lata i przez ten czas sporo wydarzyło się w jej życiu. Została żoną i mamą. W jak dużym stopniu te doświadczenia wpłynęły na brzmienie nowej płyty? Bardzo chętnie się tego dowiemy. Jak do tej pory poznaliśmy kawałki „Midnight”, „Selfish Love”, „Alone” oraz „Sam”, które jeszcze bardziej zaostrzyły nasz apetyt. Przy Glasshouse, Jessie pomagali m.in. Ed Sheeran, Cashmere Cat czy Benny Blanco, który jest też ojcem debiutu wokalistki. To może wróżyć tylko świetny comeback. — Pat


H.E.R.

H.E.R.

RCA

A oto i ona w całej okazałości. 20-letnia Gabi Wilson, od września zeszłego roku ukrywająca się pod burzą loków i pseudonimem H.E.R., zebrała w całość dwie wydane na przestrzeni minionego roku epki, połączyła błękit i pomarańcz i zaprezentowała się miłośnikom nowego R&B w pełnej krasie — na debiutanckim longplayu. Poza 15 utworami znanymi z przebiegu epek i wydanym przed tygodniem singlem „2” Wilson dokłada do stawki pięć nowych numerów, co daje w sumie 21 piosenek, które zajmą nas na ponad 72 minuty. Wszyscy entuzjaści tegorocznej płyty SZA z pewnością będą ukontentowani. — Kurtek


NeedlePaw

Nai Palm

Sony Classical

Wokalistka wymykającego się wszelkim etykietom australijskiego składu Hiatus Kaiyote nadchodzi z solowym projektem. Czego więc innego możemy się spodziewać, jeżeli nie niespodzianek? Single zapowiadające materiał świadczyły o tym, że w centrum solowego debiutu Nai Palm umieści wrażliwość i delikatność. W programie między innymi nowe wersje znanych utworów i cover Jimiego Hendrixa. Jeżeli nie mogliście się oderwać od tego wokalu, tym razem już nie ma dla was ratunku — zwłaszcza przy obecnych, chłodnych okolicznościach przyrody. — MajaDan


In the Beginning: Before The Heavens

Blu & Exile

Dirty Science / Fat Beats Records

Dziesięć lat temu światło dzienne ujrzał prawdziwy klasyk hip-hopowego podziemia, jakim jest wciąż zachwycający ponadprzeciętną chemią na linii raper producent album Below The Heavens. Autorzy tego rewelacyjnego wydawnictwa — Blu oraz Exile, oprócz trasy koncertowej, która uhonorować ma tę okrągłą datę, przygotowali bowiem krążek In The Beginning: Before The Heavens, będący swoistym prequelem do wspomnianego wcześniej albumu. Podczas bardzo kreatywnych sesji nagraniowych powstało bowiem około czterdziestu utworów, a jak zauważył sam Exile, to, że niektóre z nich nie trafiły w ostateczności na album nie oznacza wcale, że nie były udane. Przekonajmy się więc czy mówił prawdę. — efdote


11:11 Reset

Keyshia Cole

Epic Records

Keyshia Cole przyzwyczaiła fanów do regularnego wydawania nowych albumów co 2, 3 lata. Niezmiennie śpiewa o miłosnych rozterkach, zerwanych związkach i facetach, których kocha, albo którzy nie są jej godni. Na nowej płycie 11:11 Reset artystka dokonała życiowego resetu, związanego z rozwodem ze swoim kilkuletnim partnerem. Podobnie jak Mary J. Blige na krążku Strength of a Woman , Amerykanka wyciągnęła na światło dzienne swoje problemy, publicznie je wyprała i o wszystkim opowiedziała na nowym wydawnictwie. Melodyjnie utwory nie są nużące, jak w przypadku The Point of No Return , ale na pewno nie jest to przebojowe brzmienie Keyshiy z dawnych lat. Fani artystki powinni zainteresować się 11:11 Reset, bo pomimo że nie jest innowacyjne, przyjemnie się go słucha. Z kolei wszyscy nieszczęśliwi w miłości powinni potraktować tę pozycję jako obowiązkową. — Forrel


Super Slimey

Future & Young Thug

Epic Records/Atlantic Records

Krążące po sieci od jakiegoś czasu plotki okazały się być prawdziwe. Future i Young Thug czyli największe gwiazdy na trapowej scenie zaszczycili słuchaczy wspólnym projektem. Super Slimey to coś na kształt wypuszczonego przed dwoma laty What A Time To Be Alive. Czego można się więc spodziewać? Pojawią się na pewno klubowe bangery, autotune w podwójnej dawce, krótko mówiąc nie ma co oczekiwać rewolucji. Bity dostarczyli topowi producenci – Southside, London On The Track, Mike Will Made It oraz wielu innych. Na papierze to wszystko wygląda jak murowany sukces. Jak będzie w rzeczywistości? Pożyjemy, zobaczymy. — Mateusz


Feels

Snoh Aalegra

Artium Recordings

W końcu doczekaliśmy się pełnoprawnego debiutu pięknej Snoh. Wokalistka zaprosiła na niego świeżą, raperską krew. Mamy więc takich gości jak Logic, Vic Mensa, Vince Staples czy Timbuktu (raper z rodzimego kraju wokalistki, czyli Szwecji). Album zawiera 13 kompozycji, w tym singlowe „Nothing Burns Like The Cold”, samplowane przez Drake’a „Time” czy nie tak dawno opublikowane w sieci „Fool for You”. Jeżeli jesteście fanami oldschoolowych brzmień połączonych z nową falą to koniecznie musicie zapoznać się z zawartością tego krążka. — Pat


Thinking Out Loud

Young Dolph

Paper Route Empire

Young Dolph jest żywym dowodem na to, że historia lubi się powtarzać. Żywym, bo po raz drugi udało mu się przetrwać zamach na jego życie. Podobnie jak w przypadku wydarzeń sprzed kilku miesięcy, postanowił spuentować całą sytuację nagrywając kolejny album, tym razem o mniej prowokacyjnym tytule Thinking Out Loud. Dotychczasowe dokonania rapera zapewniły mu solidną pozycję na lokalnej scenie Memphis i umiarkowaną rozpoznawalność na skalę krajową, jednak jego upór i etyka pracy dają nadzieję na rozwinięcie skrzydeł — zarówno pod względem popularności, jak i poziomu muzyki. Najnowsze wydawnictwo rapera zapowiada się obiecująco. Za produkcję odpowiadają m.in. Zaytoven, Honorable C.N.O.T.E., czy niezawodny Drumma Boy, a single, które mieliśmy okazję usłyszeć, w tym “Believe Me” wskazują na nieco głębszy ton całego projektu. Całość najpewniej spodoba się miłośnikom ulicznego i mrocznego trapu, oraz wszystkim, którzy szukają mocnych i bujających numerów w stylu południa — Adrian


Under the Streetlight

Boyz II Men

Sony Classical

Lata lecą, a panowie z Boyz II Men wciąż kontynuują swoją przygodę na muzycznej scenie. Może już nie z takim rozmachem, bez wielkich radiowych hitów oraz pierwszych miejsc na listach przebojów. Zamiast tego trio odhacza kolejne podpunkty z listy rzeczy, które powinny zrobić szanujące się legendy. Under the Streetlight będzie więc kolejnym albumem w dorobku grupy, na którym muzycy zinterpretują klasyczne przeboje z gatunku r&b. Na płycie pojawi się dziewięć utworów w odświeżonych wersjach plus jeden oryginalny kawałek zatytułowany „Ladies Man”. Krążek wzbogacą także głosy gości, wśród których będą Take 6, Brian McKnight oraz Amber Riley. — Mateusz

Nowy teledysk: Jessie Ware „Alone”

My wiemy jak kochacie Jessie i na nasze szczęście, Jessie kocha swoich polskich fanów. Dlatego już odliczamy dni do jej koncertów w Krakowie i Warszawie. Ten czas uprzyjemnia nam opublikowany niedawno teledysk do kolejnego singla z płyty wokalistki. „Alone” jest utworem nagranym w charakterystycznym dla Jessie stylu, co działa zdecydowanie na plus. Singiel jest melodyjny, dobrze zaśpiewany, chwytliwy. Klip jest mocno osadzony w estetyce lat 60/70 w której to Jessie wygląda zjawiskowo. Dodatkowo przewijają nam się subtelne greckie motywy. Nic tylko cieszyć uszy i oczy.

Trzecia odsłona trzeciego albumu Jessie Ware

Trzecia odslona trzeciego albumu Jessie Ware

Trzeci album Jessie Ware zbliża się wielkimi krokami. Do tej pory poznaliśmy dwa single z nadchodzącego wydawnictwa, duszne „Midnight” oraz leniwe „Selfish Love„. Do duetu dołącza nowy kawałek „Alone”. To soulowa kompozycja, która powstała przy współpracy z długoletnim przyjacielem artystki, Kidem Harpoonem. Tym samym możemy przypuszczać, że brzmienie Glasshouse zbliżone będzie do debiutanckiego Devotion. Sprawdźcie najnowszy utwór poniżej.

Jessie Ware z okładką trzeciego albumu

Z przyjemnością prezentujemy wam okładkę najnowszego albumu Jessie Ware. Wokalistka podzieliła się nią na jednej z platform społecznościowych. Niestety wciąż nie jest znana konkretna data premiery wydawnictwa, ale wiemy i widzimy już, że płyta nosi tytuł Glasshouse. Jak do tej pory poznaliśmy z niej dwa single – „Midnight” oraz „Selfish Love” a fani będący na ostatnich dwóch koncertach wokalistki w naszym nadwiślańskim kraju mogli posłuchać jeszcze dwóch nieznanych dotąd kompozycji. Czy znajdą one miejsce na nadchodzącym albumie? Miejmy nadzieję, że wkrótce się tego dowiemy.

Tymczasem nacieszcie z nami oczy tym estetycznym rarytasem. Przyznacie, że fotografia znacząco odbiega od poprzednich okładek Jessie. Przede wszystkim nie jest czarno biała. Czyżby powiew żywych kolorów zwiastował zmiany w brzmieniu? Poczekamy, usłyszymy, tymczasem poniżej przypominamy ostatni teledysk piosenkarki.

Nowy teledysk: Jessie Ware „Selfish love”

Jeżeli zastanawialiście się, co musiało tak wstrząsnąć Jessie Ware, że błąkała się samotnie nocą po pustych hiszpańskich uliczkach w teledysku do „Midnight”… A nawet, jeżeli się nie zastanawialiście — przed wami kolejna dramatyczna opowieść miłosna, ponownie w reżyserii Toma Bearda. Ale „Selfish love” zajmuje nie tylko ze względu na scenariusz. Utwór urzeka przede wszystkim słodko-gorzkim, a jednocześnie lekkim klimatem, rozsnuwającym się wokół słuchacza leniwie niczym babie lato. Jednym słowem: historia definitywnie warta sprawdzenia.

Nowy teledysk: Jessie Ware „Midnight”

Nie musieliśmy długo czekać na obrazek do ledwie co opublikowanego singla Jessie o którym zresztą nie tak dawno pisaliśmy. Wokalistka uraczyła nas bardzo klimatycznym teledyskiem, idealnie oddającym ducha jej najnowszego utworu, który promuje trzecią już płytę w jej dyskografii. „Midnight” było kręcone na Majorce a za reżyserię odpowiada Tom Beard. Jeśli nie kojarzycie nazwiska to ten sam pan, który stworzył widea dla FKA Twigs, Florence and The Machine czy Klaxons. Brzmi obiecująco.

Nowy utwór: Jessie Ware „Midnight”

Świeżutko po wczorajszej premierze w BBC Radio I Show oraz koncercie w warszawskim Palladium ogłaszamy, że Jessie powraca! Po 3 latach od wydania drugiego albumu zatytułowanego Tough Love otrzymujemy singiel zatytułowany „Midnight”. Na razie brak jakichkolwiek informacji o nadchodzącym krążku, ale jak podaje portal NME mają go współtworzyć między innymi Ryan Tedder, Benny Blanco czy Ed Sheeran.

Polscy fani artystki, którym udało się być na koncertach Jessie w Gdańsku i Warszawie mogli usłyszeć „Midnight” na żywo wraz z paroma premierowymi utworami. Miska znalazła się w gronie tych szczęśliwców i potwierdzamy, że jest moc i wspólnie z wami przebieramy nogami na myśl o premierze krążka.

Tymczasem zapraszamy do odsłuchu poniżej.

 

Jessie Ware powraca do Polski!

Przyznać się, kto z utęsknieniem czekał, aż Jessie oderwie się na chwilę od macierzyńskich obowiązków i powróci na scenę? My na pewno! Już za chwilę, bo 26 i 27 lipca, artystka zagra u nas dwa koncerty, w Gdańsku i w Warszawie. Na razie nie wiadomo czy występy obejmują większą trasę koncertową czy są po prostu luźnymi wydarzeniami, jednak tajemnicze zdjęcie na Instagramie wokalistki sugeruje, że wkrótce możemy spodziewać się nowego materiału. Przypomnijmy, że dyskografię Jessie zamyka wydany w 2014 roku album Tough Love , zaś jej ostatnim singlem był zeszłoroczny kawałek „Till the End” nagrany na potrzeby filmu Me Before You.

Wokalistka zagra 26 lipca w gdańskim Starym Menażu a także 27 lipca w warszawskim Palladium. Bilety będzie można nabyć już od 5 czerwca, zatem radzimy nie zwlekać, bo ostatni koncert Jessie w Polsce został wyprzedany. Miska tam będzie, więc was też nie może zabraknąć!

Nowy utwór: Jessie Ware „Till the End”

jessie

Promocja drugiego krążka Jessie Ware już się zakończyła, dlatego coraz mniej słychać i widać artystkę na scenie. Raz po raz pojawia się gościnnie w utworach innych wykonawców lub jak w tym przypadku, nagrywa kawałek na soundtrack do filmu Me Before You. Romantyczna ballada z charakterystycznym kojącym wokalem Jessie pojawiła się na składance obok piosenek takich artystów, jak Imagine Dragons, The 1975, czy Ed Sheeran. Jak twierdzi Brytyjka, utwór wiele dla niej znaczy i ma nadzieję, że będzie miał wpływ również na słuchacza. Enjoy!

Jessie Ware i The Invisible w nowym utworze „So Well”

jessie ware invisible

Po promocji komercyjnie udanego krążka Tough Love, Jessie Ware rzadko można zobaczyć lub usłyszeć publicznie. Nie daje jednak zapomnieć o sobie i udziela się gościnnie u innych artystów. Tym razem odwdzięczyła się frontmanowi grupy The Invisible, który współtworzył i wyprodukował debiut Devotion. Swojego aksamitnego wokalu użyczyła do soulowo-elektronicznego kawałka „So Well”, opowiadającego o zwątpieniu i rozczarowaniu. Singiel promuje nadchodzące wydawnictwo Brytyjczyków Patience. Jest dobrze? Dla mnie jest wyśmienicie, ponieważ słychać jakby utwór pochodził z debiutanckiego albumu Jessie.