Recenzja: Jessie Ware Glasshouse

Data: 21 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Jessie Ware

Glasshouse (2017)

Islands Records

Dla artysty decydującym albumem jest ten trzeci. Można zadebiutować świetnie lub słabo. Przy drugim krążku, można podnieść poprzeczkę lub nie dorównać poprzednikowi. Trzecia płyta natomiast ma udowodnić, że wciąż ma się coś do zaproponowania i z tym w wielu przypadkach bywa różnie. A jak to wygląda u Jessie?

Trzeba przyznać, że Glasshouse był wyczekiwanym krążkiem, nie tylko wśród zagorzałych fanów wokalistki. Jessie na pewien czas ulotniła się z życia scenicznego, a jej brak zaczął doskwierać. Po lekkim przesycie związanym z intensywną promocją Tough Love, miło było zatęsknić za jej nową muzyką. Gdy już w lipcu usłyszałam pierwszy singiel, „Midnight”, wiedziałam, że taka przerwa wyszła jej na dobre. Kompozycja zdecydowanie wyróżnia się na tle dotychczasowych singli artystki. Utwór jest nieco hipnotyzujący, już od pierwszych sekund przykuwa uwagę delikatnym podkładem, w dalszej części zaskakuje zmianą aranżu, a wszystko idealnie spaja falset wokalistki. Zresztą na całej płycie warunki wokalne Jessie są świetnie wyeksponowane. Jej głos chyba nigdy nie brzmiał tak pewnie i zmysłowo jednocześnie. Doskonałym przykładem jest chociażby „Stay Awake, Wait for Me”. Gdybym miała dorzucić swoją cegiełkę do dobrego soundtracku z kiepskiego filmu o odcieniach szarości, to ta piosenka miałby tam swoje zasłużone miejsce. Zdecydowanym faworytem z Glasshouse jest „Selfish Love”, nad produkcją którego pracował Cashmere Cat. Duszny klimat rodem z brazylijskich klubów nocnych, eteryczny, ale i zdecydowany głos Jessie oraz klimat bossa novy. Czego chcieć więcej?

Prawie każdy utwór brzmi jak potencjalny singiel, czy to „Your Domino”, „Thinking About You” czy „Last of the True Believers”. Ten ostatni przywodzi na myśl „Say You Love Me” głównie, przez swój lekko pompatyczny charakter, „Your Domino” zaś to niewątpliwie najbardziej pozytywny moment płyty. „Sam” z kolei jest prawdopodobnie najbardziej osobistą piosenką w całej dyskografii artystki. Jako ostatni utwór na krążku stanowi swoistą klamrę idei przyświecającej Glasshouse. Wokalistka przyznawała w wywiadach, że album miał ukazać się szybciej, ponieważ chciała dokończyć go jeszcze przed urodzeniem dziecka, w pewnym momencie jednak poczuła, że traci kontrolę nad brzmieniem projektu i zdecydowała skupić się na macierzyństwie. „Sam” jest dedykacją dla dziecka i męża artystki, co wyraźnie słychać w tekście kompozycji, którego piękno tkwi w prostocie. Warto napomknąć, że akustyczny aranż, jak i delikatne chórki są autorstwa Eda Sheerana. Samo słowo Glasshouse, tłumaczone dosłownie, oznacza szklarnię lub też więzienie i poniekąd można tak interpretować macierzyństwo, związki czy dojrzałość — motywy przewodnie ostatniego albumu Ware. Dom ze szkła, w którym rozwija się nowe życie, kwitnie coś pięknego jest równocześnie zamkniętą strukturą, z której trudno się wydostać.

Koniec końców Jessie Ware nadal nagrywa pop przyprawiony szczyptą soulu, house’u, jazzu, R&B czy wspomnianej już bossa novy. Czy Glasshouse znaczy coś więcej dla kariery Jessie Ware? Trudno orzec. To zdecydowanie solidna płyta utrzymana w stylistyce, którą wokalistka z wzajemnością ukochała, ale jest też to krążek bezpieczny, zachowujący ramy swych dwóch poprzedników. Pytanie brzmi więc raczej, czy my jako słuchacze chcielibyśmy, aby Jessie wyszła ze swojej strefy komfortu czy pozostała tam, gdzie czuje się najlepiej.

Komentarze

komentarzy