Recenzja: The-Dream IV Play

Data: 27 maja 2013 Autor: Komentarzy:

The-Dream

IV Play (2013)

Radio Killa/Def Jam

Po dwóch latach zabawy w kotka i myszkę z żonglowaniem datami, tytułami i singlami wreszcie doczekaliśmy wydania czwartego studyjnego krążka The-Dreama — IV Play. Tytuł płyty jest złudny i znamienny zarazem. Z jednej strony w tytułowym numerze na płycie producent/wokalista deklaruje, że (posługując się eufemizmem) „nie dba o grę wstępną” i chce od razu przejść do rzeczy; z drugiej — cały krążek wydaje się być jedną wielką grą wstępną w oczekiwaniu na ten wielki, zapowiadany od lat album.

To niepodważalnie krążek The-Dreama — obfite syntezatorowe harmonie, stylistyczne aluzje do klasycznego R&B, wielopoziomowe melodie budowane przez proste, powtarzane motywy i mnóstwo umiejętnie wykorzystanego vocodera. To schemat, który można zastosować właściwie do któregokolwiek z albumów Teriusa Nasha, a który do tej pory funkcjonował bez zarzutu i z pewnością nadal drzemie w nim spory potencjał. Nie miałoby więc najmniejszego sensu wytykać producentowi, że popełnia pewne autoplagiaty czy że jego brzmienie nie ewoluuje wystarczająco wyraziście. O wielkości tej muzyki zawsze decydowały niuanse — mimochodem wtrącony lekki przebojowy hook, uchwycenie momentu niezobowiązującej zabawy muzyką, czy wewnętrzne antagonizmy przy zachowaniu pozornej integralności.

Tymczasem IV Play wydaje się być pozbawiony jakiejkolwiek subtelności — zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Nash nigdy nie był mistrzem pióra, ani też dyskrecja nie była jego mocną stroną, ale jego teksty zazwyczaj opiewała pewna doza aluzyjności, która dodawała smaku i charakteru, zazwyczaj pięknie wyprodukowanym, piosenkom. Na nowym krążku Dream jest zdecydowanie bardziej bezpośredni traktując płciowość wulgarnie i obcesowo („I just wanna fuck you, fuck a love song, I need to fuck you” w „Michael”, które w jakiś sposób ma najpewniej nawiązywać do osoby króla popu; czy „Got my left hand on that booty, got my right hand on that pussy” w numerze bezpardonowo zatytułowanym „Pussy”). IV Play jest zdecydowanie bardziej zmęczone niż cokolwiek, co dotąd wyszło spod ręki Dreama; brakuje mu inspiracji i zaangażowania, a niewielkie zróżnicowanie w tempie czy brzmieniu poszczególnych kompozycji skutkuje niemalże godziną mechanicznej monotonii, spośród której, nieśmiało po kilku odsłuchach, wyłaniają się jednak bardziej wartościowe fragmenty.

Przez cały album przewijają się nawiązania do klasycznego R&B początku lat 90. — refren „Where Have You Been” (które nie jest coverem przeboju Rihanny i udziela się w nim wokalnie Kelly Rowland — prezentująca się zresztą na płycie zdecydowanie korzystniej niż jej koleżanka z Destiny’s Child — Beyoncé) ma magiczny potencjał najlepszych rhythm & bluesowych ballad w historii muzyki; zestawienie popowej, syntezatorowej melodii, gitarowej solówki à la wczesne lata 80. i wokali w stylu chopped & screwed w „Too Early” wypada nadzwyczaj atrakcyjne; „Equestrian” z refrenem nawiązującym do znakomitego „Ride” Ciary, mogłoby spokojnie znaleźć się na którymś z klasycznych albumów Jodeci; a najbardziej dynamiczny moment albumu — podwójne „Loving You”/”Crazy” brzmi jak wariacja na wczesnym Justinie Timberlake’u.

W otwierającym krążek „High Art” The-Dream przedstawia swoją muzykę i styl życia jako sztukę wysoką — „I make love to my girl, I get high with my niggaz” — śpiewa w zapętlonym refrenie. Nie ma wątpliwości, że producent wciąż jest zdolny do tworzenia rzeczy, które w istocie będą kształtowały historię muzyki rozrywkowej w XXI. wieku — czy to wielkich popowych przebojów, czy pierwszorzędnie zrealizowanych longplayów. Wydaje się jednak, że ostatnio ustawicznie rozmienia się na drobne, zupełnie tak, jak palenie trawy czy seks to żadna sztuka wysoka.

Komentarze

komentarzy