Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: J. Cole Born Sinner

Data: 26 czerwca 2013 Autor: Komentarzy:

jcole-born-sinner-standard-e1369067285564

J. Cole

Born Sinner (2013)

Roc Nation/Columbia

Kiedy ukazała się debiutancka płyta J.Cole’a, krytycy nie szczędzili mu pochwał, a sam raper pretendował do tego, by stać się jednym z najlepszych młodych graczy w rapie. Słuchając drugiego krążka Jermaine’a odnoszę wrażenie, że recenzenci zbyt pochopnie ocenili jego możliwości. Born Sinner powtórzył komercyjny sukces poprzednika, ba, wyniki sprzedaży pokazują, że płyta już w pierwszym tygodniu rozeszła się w większym nakładzie niż Cole World: The Sideline Story, ale wątpliwy jest fakt, że Cole zawdzięcza to artystycznej wartości krążka.

Już na samym początku J. Cole zaznacza, że album jest bardziej mroczny niż debiut. Konsekwentnie trzyma się tego zdania przez całą długość płyty — jest to jednocześnie zaleta i wada. Na próżno szukać tu klawiszowo-perkusyjnych kawałków pokroju „Lights Please” czy „Work Out”. Jasne punkty zostały zastąpione bardziej mglistymi i leniwymi produkcjami — wystarczy wymienić „Power Trip” z Miguelem. Jednym z nielicznych numerów, które podobnie jak wyżej wymienione, mają potencjał radiowy, jest singiel „Crooked Smile”. Zapewne z powodu tekstu odnoszącego się do kompleksów na tle wyglądu i refrenu wyśpiewanego przez Tionne „T-Boz” Watkins, numer został już nazwany, w mojej opinii niesłusznie, rapową wersją „Unpretty” TLC. Podczas gdy w kolejnych kawałkach Cole sztywno przechwala się swoimi sukcesami, brakuje luzu i poczucia humoru, do którego raper przyzwyczaił nas wcześniej. Momentami ginie gdzieś „ludzki aspekt Jermaine’a” — (nie)zwykłego chłopaka, który z lekkością opowiadał o relacjach damsko-męskich czy drodze na szczyt.

Tylko jednym numerem J. Cole potrafił przekonać mnie, że tam, na górze chwały, pomimo wielu udogodnień, czasem nie jest łatwo. Szczere wyznanie rapera o tym jak „zawiódł Nasa” — choć remiks sprzed kilku dni daje nam jednoznaczną odpowiedź, że jest inaczej — przywraca wiarę w dwa rodzaje możliwości artysty: pisanie dobrych story tellingów i odpowiednio wyważoną produkcję. Podkład z gorzkim dźwiękiem saksofonu w tle doskonale oddaje bolesny charakter „Let Nas Down”.

Cole ma nie tylko problemy z Nasem, ale z całą resztą swoich idoli z dzieciństwa. Utknął gdzieś niezręcznie z myślami, że choć ma szansę, by stanąć, przykładowo z Jayem-Z, ramię w ramię, z szacunku do „żywych legend”, nie robi tego. Tym samym hamuje swój potencjał. Z drugiej strony, słuchając „Land of the Snakes”, który zawiera sample z kultowego „Da Art of Storytellin’ (Pt. 1)” OutKastu, mam w głowie pytanie: to odwaga cechująca się ponadprzeciętną wyobraźnią czy może jej brakiem?

Dobrze przyjęte Cole World: The Sideline Story nie było wcale innowacyjnym materiałem. Powtarzało znane już wcześniej rozwiązania, ale wielkim atutem twórczości J. Cole’a było pewne solidne rzemiosło. To coś, czego zabrakło na Born Sinner. Album powiela schematy w sposób, który sprawia, że krążek nie tylko nie zapada w pamięć, ale również, nie czuje się potrzeby, by do niego wracać. Zawsze jednak pozostaje debiut i nadzieja, że następnym razem będzie tylko lepiej.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure