Recenzja: Run the Jewels Run the Jewels

Data: 14 lipca 2013 Autor: Komentarzy:

runthejewels

Run the Jewels

Run the Jewels (2013)

Fool’s Gold

Jeszcze tak niedawno, bo pod koniec roku 2011 byliśmy zaskoczeni widząc obok siebie El-PKiller Mike’ateledysku Mr. Muthafuckin eXquire’a. Od tamtego czasu nawiązali współpracę, na temat której wyrażano się już we wszelkich możliwych superlatywach. Ich najnowszy projekt, czyli wypuszczone za darmo do sieci, trwające tylko pół godziny  Run the Jewels zapowiadało się jako trochę mniej intensywny, nie tak bardzo zaangażowany sparing dwóch rapowych kumpli na podkładach pozostałych po sesjach R.A.P. Music Cancer 4 Cure. Wyszło jednak znacznie lepiej, a na temat chemii istniejącej między tą dwójką dalej można by pisać i pisać.

Nieważne czy w osobnych zwrotach, czy przy pomocy krótkich, cztero-linijkowych wejść — MikeJamie znakomicie się dopełniają na mikrofonach. Chciałoby się ich współpracę porównać do znanego z OutKastu sprawdzonego schematu „gracz i poeta”, ale nie jest to takie proste. Niby to Killer Mike jest tą dosadną, wulgarną, wyprowadzającą sierpowe w kierunku słuchacza, personą. Ale jak tu odmówić mu lirycznego kunsztu w „A Christmas Fucking Miracle” albo „No Come Down”, gdzie psylocybinowy odlot ze striptizerką w opisuje w kategorii metafizycznego przeżycia? Natomiast El-P nie dość, że sam zaraził kolegę swoim paranoicznym, czasem surrealistycznym spojrzeniem na rzeczywistość, pokazał też jak potrafi dać popalić. Jego taktyka to omamić nas zagadkową liryką, a kiedy już udaje się nam wskoczyć na ten pociąg myśli, okazuje się, że zostaliśmy sami w ślepym zaułku na Brooklynie. Bez zębów i bez portfela.

Kto zgarnął złoty mikrofon po dziesiątej rundzie? Ogłaszam zdecydowany remis. Bo tak naprawdę jest to zupełnie nieważne. Pamiętajmy jednak, że El-Producto spełnił tu również rolę producenta. Tym razem jest mniej spektakularnie niż ostatnio. Produkcje nie są już same w sobie przygodą dla słuchacza (tak, jak choćby na Cancer 4 Cure), ale jest to w pełni uzasadnione charakterem płyty skupionej na lirycznych popisach MichaelaJamiego. Surowe, ascetyczne podkłady biją rytmem Nowego Jorku z przełomu lat 80. i 90. i odkrywają mroczne oblicze newschoolu spod znaku młodego, głodnego sławy LL Cool J’a, puszczając oko do miłośników hip hopu z tamtej epoki (co zresztą objawia się i w samych tekstach).

W zagranicznych recenzjach Run the Jewels aż roi się od porównań do Watch the Throne. Zestawienie może wydawać się szalone, ale jak uwzględnimy podobieństwo tytułów, formę duetu (raper + rapujący producent) i zwrócimy uwagę na zaczepki ze strony Mike’a„Sea Legs”, to konfrontacja jak najbardziej nabiera sensu. Ja jednak dla odmiany porównam Jewels do ostatniego solowego albumu Kanyego. Oba wydawnictwa poniekąd mają za zadanie szokować, miksować styl wysoki ze stylem niskim, zadawać ciosy poniżej pasa, obfitować w intensywne doznania. Oba osadzone są w szorstkim, czerpiącym z industrialu brzmieniu. Zasadnicza różnica jest taka, że Yeezus dwoi się i troi by osiągnąć powyższe cele, natomiast El-PMike Bigga robią to tak, jakby była to dla nich najbardziej naturalna rzecz na świecie.

Komentarze

komentarzy