Relacja z soulbowlowej części OFF Festivalu

Data: 7 sierpnia 2013 Autor: Komentarzy:

Image16

Organizatorzy letnich festiwali doskonale zdają sobie sprawę, że by przyciągnąć odpowiednio szeroką publikę, proponowana przez nich oferta muzyczna powinna być jak najbardziej różnorodna. Stąd też od kilku dobrych lat czarna muzyka ma stałe miejsce w lajnapach najlepszych polskich muzycznych imprez plenerowych.

Ale choć nie mamy absolutnie prawa narzekać na przecież coraz lepszą sytuację koncertową w Polsce, odnoszę wrażenie, że artyści — powiedzmy soulbowlowi — są wciąż pewnym marginesem, co dobitnie widać przeglądając lajnapy tegorocznych edycji Open’era, Coke’a czy OFF-a. I niewiele zmienia fakt, że Beyoncé na stołecznym Orange otrzymała status przewyższający wszystkie inne pozostałe gwiazdy występujące na festiwalu — wszak równie dobrze mógłby to być jej oddzielny koncert — podpięcie go pod festiwal było wręcz niezręczne.

Tegoroczny Open’er długo milczał w sprawie ewentualnych czarnych brzmień — jedyny soulowy wykonawca — Miguel — został ogłoszony w ostatniej chwili, niejako na dokładkę do już prawie zjedzonego tortu. Koło zamknęli raperzy — Kendrick LamarNas. Na tym w zasadzie koniec, co dla wypełnionego po brzegi światowej klasy gitarami, było tylko kroplą w morzu. Podobnie było z tegorocznym OFFem, którego jedynym stricte soulowym punktem była Solange. Ale jedynie do momentu, gdy na tydzień przed festiwalem jej koncert został odwołany. W tym miejscu pojawiło się istotne pytanie: z czego wynika ten jednoznacznie gitarowy profil dużych festiwali? Gdyby przypadkiem podczas tegorocznego OFFa udało mi się spotkać Artura Rojka, z pewnością zapytałbym go właśnie o to. Zwłaszcza, że czarne brzmienia są coraz bardziej w cenie w niezalowych kręgach, a śmierć rocka paradoksalnie ogłaszano już wielokrotnie lata temu. Cóż, obiecujemy spróbować rozwikłać tę niezrozumiałą zagadkę jeszcze przed rozpoczęciem kolejnego sezonu festiwalowego. I kto wie, może wówczas organizatorzy podejdą do sprawy bardziej wielowymiarowo i zaproszą na swoje sceny na przykład Alice Russell, Georgię Anne Muldrow, Thundercata, J*Davey czy chociażby D’Angelo.

Tymczasem wskutek nieobecności Solange tegoroczny OFF upłynął miłośnikom czarnych dźwięków bardzo monotematycznie — mianowicie na koncercie brytyjskiego duetu AlunaGeorge. Owszem, uważni dopatrzą się jeszcze występów Mykkiego Blanco, Autre Ne Veut czy Molesty grającej w całości swój kultowy dzisiaj debiutancki album Skandal. Soulem podszyty był też niewątpliwie wyjątkowy występ Zbigniewa Wodeckiego z grupą Mitch & Mitch (o którym więcej przeczytacie w innym tekście), ale to nadal jak szukanie igły w stogu siana — daremne próby zagięcia rzeczywistości tak, by pasowała do naszych teorii czy wyobrażeń. Bo czy w ogóle w ramach muzyki duszy można potraktować słuchanie białego hipstera wyjącego bez polotu w takt losowo poskręcanych numerów ze swojej już na starcie potwornie zmęczonej płyty? Dziękuję, postoję, a raczej usiądę przy piwie w bezpiecznej odległości w strefie gastronomicznej. Tak czy inaczej — gdyby nie AlunaGeorge, tego tekstu w ogóle by u nas nie było.

Kurtek

alunageorgelive

Tak bardzo kocham osobę odpowiedzialną za godzinowy rozkład koncertów, bo dzięki niej podtatusiali The Smashing Pumpinks zagarnęli miażdżącą większość festiwalowej publiczności. Klubowa, intymna atmosfera panująca podczas występu załogi AlunaGeorge grającej w namiocie radiowej Trójki przeniosła się na kontakt z publiką. Było przytulnie i energetycznie, jak na dobrej domówce, chociaż bez fajerwerków — na bis podobno nie można było liczyć (festiwalowy hardy ordnung…), tak więc zespół po ostatnim kawałku, czyli „Your Drums, Your Love” zupełnie zniknął za kulisami.

Pięćdziesięciominutowy występ muzycznie nie zawiódł. I jeśli zakochana byłam do tej pory w Alunie, tak od zeszłego piątku hołdy składam George’owi Reidowi. Pomimo tego, że setlista koncertowa utrzymana była w stylistyce „Florence & The Machine spotyka R&B”, to spod bitów George’a wyziewały wpływy brytyjskiej elektroniki z lat dziewięćdziesiątych — dokładnie takiej, jaka ilustruje Trainspotting Danny’ego Boyle’a. Grubo! Body Music, jakkolwiek jest płytą świetną i świeżą — takich połączeń w sobie nie zawiera — albo są trudno dostrzegalne. Dla takich smaczków (i dla najpiękniejszej na świecie Aluny) chodzę na koncerty.

ohlaskeau

Miałem przyjemność oglądać występ duetu AlunaGeorge z pierwszego rzędu, tuż pod sceną. I choć jeszcze na 10 minut przed rozpoczęciem koncertu przerażała mnie pusta przestrzeń za mną, to w błyskawicznym tempie publiczność wypełniła namiot Trójki po brzegi. Zachęcani okrzykami i oklaskami AlunaGeorge punktualnie pojawili się na scenie w towarzystwie perkusisty i gitarzysty. Rozpoczęli od „Just a Touch” i od tej pory każdy kolejny utwór kończył się gromkimi brawami ze strony festiwalowiczów. Aluna, choć ubrana zdecydowanie na luzie (fluorescencyjne pomarańczowe skarpetki! i sportowe buty), zachwycała sceniczną prezencją i kocimi ruchami. Z Georgem wcale nie było gorzej — z ogromnym zaangażowaniem i wyczuciem dbał o aranżacyjne szczegóły. Sami artyści twierdzą, że przeniesienie ich studyjnych nagrań na scenę, to wyzwanie. Chcą robić to w taki sposób, by wykonania na żywo wyróżniały się i brzmiały inaczej niż na płycie — faktycznie udało się ten cel zrealizować jednocześnie zachowując harmonię i spójność wszystkich elementów.

Z ogromną radością muszę stwierdzić, że publiczność zdecydowanie nie zawiodła. Być może podekscytowany możliwością zabawy tuż pod sceną jestem aż nadto optymistyczny, ale „Lost and Found” i „White Noise” porwało (prawie) wszystkich — wokół mnie nie było osoby, która by nie skakała i nie śpiewała chwytliwych refrenów. Ogromne brawa po zakończeniu występu i determinacja w domaganiu się bisu nie przyniosła jednak oczekiwanych rezultatów — Brytyjczycy nie pojawili się ponownie na scenie. Mimo to, po kilku minutach, wyszli do pozostałej jeszcze grupki fanów — rozdawali autografy, rozmawiali, pozowali do zdjęć.

Swój udział w tegorocznej edycji OFF Festival zapamiętam z pewnością na długo — i choć ostatecznie interesował mnie tylko jeden występ, to cała impreza zasługuje na wyróżnienie ze względu na niesamowitą energię i możliwość usłyszenia różnorodnych wykonawców. A to przekłada się na niezwykle sympatyczną, życzliwą, otwartą i zaangażowaną publiczność. Oby więcej takich festiwali i oby jak najwięcej na nich soulbowlowych wykonawców.

Adrian

Setlista:
1. „Just a Touch”
2. „Diver”
3. „You Know You Like It”
4. „We Are Chosen”
5. „Attracting Flies”
6. „Body Music”
7. „Jam”
8. „This Is How We Do It”
9. „Lost & Found”
10. „Be Your Boo”
11. „White Noise”
12. „Your Drums, Your Love”

Komentarze

komentarzy