Relacja z soulbowlowej części festiwalu Burn Selector

Data: 11 września 2013 Autor: Komentarzy:

selector

Koncertowe emocje opadły, kilka dni po wydarzeniu, prezentujemy Wam naszą relację z soulbowlowej części festiwalu Burn Selector, który po raz pierwszy odbył się w Warszawie. Na świecznik wzięliśmy Jessie WareM.I.A.

Jessie Ware
 
1184832_10151841594304530_1027448512_n

Jak wpiszecie sobie w naszej wyszukiwarce (prawy górny róg) „Jessie Ware relacja” znajdziecie w tym gąszczu wpisów już dwie. Tak, to był mój 3 koncert artystki, mogłabym w zasadzie zrobić kopiuj wklej z poprzednich opisów (zazwyczaj były one nad wyraz pozytywne), ale tym razem to nie będzie komplement. Jessie kolejny rok promuje swój album Devotion. Kolejny raz jest bardzo skromna i kochana. Kolejny raz wykonuje te same piosenki, z niewielkimi zmianami. Kolejny raz oczarowała publiczność swoim wokalem. Kolejny raz miała ubogi zespół (klawisze, perkusja, gitara) i rozkochała w sobie wszystkich obecnych. Przy pierwszym koncercie byłam zachwycona, przy drugim także, teraz jednak wymagałam czegoś więcej. Brakowało mi nowych elementów występu, nowych eksperymentów z aranżacjami tak dobrze już mi znanymi. Przemiłym momentem był numer „Valentine” wykonany razem z kolegą Dornikiem. Na specjalną uwagę zasługują niezwykłe podziękowania dla polskiego fanklubu Jessie Ware Polska, który to obdarował artystkę kilkoma prezentami.

1186022_568272656554563_534282613_n

Ponarzekałam sobie na początku, takie były moje refleksje na dzień po, natomiast po samym koncercie byłam zachwycona. Znając siebie pewnie pójdę nawet na jej kolejny występ w naszym kraju.

LEJDI K

M.I.A.
 
1239992_10151841869999530_859956007_n

Po serii wymienianych między Jessie Ware, a publicznością uśmiechów (połączonych z koncertem) przyszła pora na główne danie drugiego dnia festiwalu. Był nim występ M.I.A. — artystki, którą ciężko zakwalifikować jaka typową raperkę, albo jako piosenkarkę. Nic zatem dziwnego, że sam jej koncert również był dość oryginalnym doświadczeniem.

Każdy, kto słyszał przynajmniej raz którykolwiek album Mayi (najlepiej Kala), ten dokładnie wiedział co zobaczy tego wieczoru na scenie. Dziewczyna tryskała energią w każdy możliwy sposób: tańcząc i z dokładnością wyrzucając z siebie słowa swych rapowanych wersów (choć czasem wspierana była przez podbicia tych bardziej łamiących język momentów jak refren w „Bring The Noize”). Trochę również śpiewała, choć częściej wyręczała ją w tym obecna na scenie chórzystka. Razem z nią, dwójką tancerzy, perkusistką (bębniarką?) pani M.I.A. udało stworzyć się show przypominające bardziej muzyczny spektakl, notabene cieszący również oko kolorowym, orientalnym ornamentem zdobiącym całą scenę. Chociaż setlista składała się z konkretnych bardziej i mniej znanych piosenek Matangi, wszystko podczas występu łączyło się w jedną, organiczną całość. Artystka prawie nie zwalniała tempa, płynnie przechodziła z utworu na utwór, przerwę robiąc sobie jedynie przed bisem.

1236248_10151841869934530_445934731_n

M.I.A. nie kokietowała zebranych anegdotami i słowami podziwu (tak jak Jessie Ware), ale nie można powiedzieć, że grała koncert odizolowany od publiczności. Wręcz przeciwnie, ogromną część koncertu spędziła grając tuż przy pierwszym rzędzie zbijając piątki czy pożyczając sobie akcesoria fanów. W jednym z momentów zaprosiła nawet na scenę kilkanaście dziewczyn z publiczności, by razem z nią zatańczyły do utworu „Boyz”. Energia, pomysłowość i skrywana, ale prawdziwa radość z grania przed swoimi słuchaczami – oto co zaprezentowała ta prawie 40-letnia (!) dama. Nie wierzyłem w to ile M.I.A. ma za sobą tyle wiosen, po tym koncercie nie wierzę jeszcze bardziej.

Nie obyło się jednak bez pewnego rozczarowania. Jak to często bywa na polskich koncertach: kwestia nagłośnienia. Przez sporą część koncertu, zdominowaną przez utwory oparte głównie na samej perkusji i wokalu, wszystko było słychać w porządku. Problem dotyczył bardzo istotnego bisu w postaci wyczekiwanych przez wszystkich singli „Paper Planes” i „Bad Girls”. Są to utwory brzmiące trochę inaczej niż reszta setlisty, przez co zabrzmiały fatalnie, szczególnie zbijające się w chaotyczną ścianę dźwięku „Bad Girls”. Nie przeszkodziło mi to jednak w pozytywnym odbiorze tego koncertu jako całości. Jeśli nie był najlepszy w tym roku, to możliwe, że najbardziej charakterny.

CHOJNY

Komentarze

komentarzy