Relacja: damsko-męskim dwugłosem o polskich koncertach José Jamesa

Data: 24 października 2013 Autor: Komentarzy:

jose glowneglowne

fot. M. Wilczyński

Na nasz kraj spada wiele klęsk, ale tej jednej zupełnie się nie spodziewaliśmy. W ostatnim tygodniu Polskę dotknęła cudowna klęska jazzowego urodzaju, a jej sprawcą był nie kto inny, tylko José James — czarujący wokalista z wąsikiem Clarka Gable, o którym pisaliśmy już wielokrotnie, a nawet pokusiliśmy się przeprowadzić z nim wywiad (do przeczytania tu). José wraz ze swoim czteroosobowym zespołem zagrał dwa koncerty dla polskiej publiczności: jeden we wrocławskim klubie Eter, drugi zaś w słynnej warszawskiej  Fabryce Trzciny. Występy były częścią europejskiej trasy promującej ostatni album reprezentanta Blue Note, No Beginning No End. Soulbowlowi wysłannicy specjalnie dla Was nastawili uszy i wyruszyli na obydwa krajowe występy, by móc w pełni odpowiedzieć na pytanie, czy muzyka bez wstępu i zakończenia sprawdza się równie dobrze na żywo, co w warunkach domowych.

„Artystyczne wyczucie i radość z robienia muzyki — tak można w telegraficznym skrócie opisać koncertowe oblicze José Jamesa i jego utalentowanych współpracowników. Panowie wiedzą nie tylko jak efektownie zacząć, ale mają też niemałe pojęcie o umiejętnym stopniowaniu napięcia i jeszcze większą frajdę z możliwości zaprezentowania publice na żywo swojej wizji muzyki. A ta, choć złożona z wielu ogniw, stała się zupełnie jasna począwszy od niespełna piętnastominutowej, na wpół improwizowanej odsłony „All Over Your Body” rozpoczynającej wrocławski występ muzyków. To intensywne jazzowe jam session, uformowane głównie na podwalinach najnowszego albumu Jamesa, ale wybiegające w swojej kunsztownej formie o wiele dalej — do żywej realizacji klasycznych rapowych zwrotek i szkoły jazzowej improwizacji gdzieś spomiędzy legend awangardy a Soulaquarianowskiego neo-soulu. Elegancki soundtrack do nocnego życia w klubach jazzowych ze starych filmów — wypełnionych papierosowym dymem, gdzie przy gustownie nakrytych stolikach bawią się wytworni goście. Zespół gra, daje z siebie wszystko i stopniowo zatraca się w muzyce zdobywając aprobatę publiki. A gdy wszystkim wydaje się, że koncert, który utracił już swoją pierwotną, zamkniętą formę, zmierza ku nieskończoności, kwadrans po dziesiątej, punktualnie dwie godziny od rozpoczęcia, muzycy schodzą ze sceny żegnani gromkimi brawami wrocławskiego tłumu.” — Kurtek

1393915_615762741800760_1880089271_n

fot. M. Wilczyński

„Jeśli grają jazz, to w klubie powinno być duszno, powinno pachnieć cygarem i feromonami. I chociaż w warszawskiej Fabryce Trzciny nie można palić, to klimat był zbliżony do ideału.  Surowe, pofabryczne wnętrza przecinały tylko płomienie świec i jasne pasy scenicznych reflektorów, a sale wypełniał prawdziwie egalitarna mieszanka białych koszul, koktajlowych sukienek i sportowych bluz. Dojrzali biznesmeni stali w skupieniu zaraz obok nastolatków w modnych czapkach i nikt nie wydawał się być tym zbytnio przejęty. W takich warunkach, z kuflem piwa w ręku, z przyjemnością oczekiwałam na rozpoczęcie koncertu i nawet czterdziestopięciominutowe opóźnienie gwiazdy wieczoru nie zdjęło mi z rąk gęsiej skórki.

Wreszcie pierwsze dźwięki: trąbka, klawisze, perkusja, bas i organiczne wcielenie jazzowego groove’u — Monsieur José James. Kilka taktów i już rozpoznaje — to „ It’s All Over Your Body”, ale bez wymuskanego masteringu brzmi zupełnie inaczej. I wierzcie mi na słowo, od tamtych kilku wstępnych nut trudno będzie mi słuchać wersji studyjnych. Chłopak na żywo brzmi jak niepijąca reinkarnacja D’Angelo, a dobór muzyków takich jak trębacz Takuya Kuroda czy Richard Spaven na perkusji  jest jak pieczątka: „To jest jakość Blue Note, baby”.

W trakcie prawie dwugodzinnego koncertu spotkało mnie najmilsze z rozczarowań — głos JJ nie dość, że wchodzi we wszystkie tonacje jak w masło, to na dodatek jest dużo silniejszy, niż mogłoby się wydawać. A jak on improwizował i bawił się frazą! Gill Scott-Heron z pewnością poklepałby go po plecach — bo jak nie zachwycać się człowiekiem, któremu słowa wypływają z ust, jakby w gardle uwięził wcześniej cały świat? To dzięki takim improwizacjom „Trouble” i „Park Bench People”  zamieniły się w kilkunastominutowe, nieprzewidywalne muzyczne epopeje. Ale José, choć butny (proszony o utwory z The Dreamer nastroszył się jak zagrożone zwierzątko), to sprawiedliwy. Każdy z muzyków miał swoje pięć minut, by móc się wykazać, a każda solowa partia zrywała nastoletnie czapki z głów. Jednak nie było w tym ani grama muzycznej popisówki; utwory brzmiały spójnie i gdyby było mi dane słuchać takich jam sessions częściej, to słowo honoru — wróciłabym do gry na gitarze, chociaż swego czasu zabronił mi tego mój nauczyciel.

W trakcie dwóch godzin José wraz ze swoją niesamowitą ekipą grał głównie utwory z najnowszego albumu, ale najwidoczniej w Stanach też oglądali „Rejs” i wiedzą, że publiczność lubi to, co zna. Stąd ponad 20-minutowy medley, który rozpoczął się od jazzowej interpretacji „Ain’t no sunshine”, by swobodnie transformować się w „Simply Beautiful”  oraz „Isn’t She Lovely”. Jestem wielką fanką tego typu eksperymentów; uwielbiam momenty, gdy z przyzwyczajenia nucę melodię, podczas gdy muzyka ze sceny płynie w zupełnie innym kierunku.

Jednak to, co na koncertach lubię najbardziej, to moment, gdy ściany wchodzą w rezonans, a umysły — w dysonans (poznawczy). Gdy JJ  śpiewał, przestawał być sobą, jego ciało tężało w wysiłku, był skupiony i poważny … ale wystarczyło, by miał chwilę zagadać publiczność i zmieniał się w wyluzowanego ziomka, który może nie prosił o odrobinę hałasu, ale kilkoma  „what’s up” i „yo, yo” jednak rzucił.

Perfekcyjna muzyka ma swojską twarz, znak rozpoznawczy: figlarny wąsik. ” — Nadzieja

1377984_615761578467543_396141344_n

fot. M. Wilczyński

 

 

Komentarze

komentarzy