Wydarzenia

Recenzja: Kwes Ilp.

Data: 30 października 2013 Autor: Komentarzy:

10336-ilp

Kwes

Ilp. (2013)

Warp

 

 

W recenzjach bardzo często nadużywa się patetycznych przymiotników, tak jakby tylko one mogły być rzetelną transkrypcją dźwięków na pismo. Niektóre z nich zupełnie się wytarły i zdewaluowały niczym modne ciuchy, które wstyd założyć już sezon później. Takim literackim ciuszkiem jest „szczerość”; bywają szczere piosenki, szczere albumy, a najczęściej w szczerość stylizuje się przekaz. Dlatego lojalnie informuję, że Ilp. Kwesa to album na wskroś szczery, wręcz definiujący szczerość w muzyce —  i nie, nie jest to chwyt retoryczny. Ale od początku.

Kwes ma na koncie już dwie epki i sporo kolaboracji, o czym szerzej pisałam tu. Jego debiutancki longplay powstawał w twórczych bólach przez kilka ostatnich lat. Cóż, wena bywa zdradliwa, ale jakby spersonalizować tą, pewnie byłaby wyjątkowo wredną babą. Na szczęście, Warp słynie z wyrozumiałości, a nasz zdolny bohater miał w międzyczasie wolną chwilę na współpracę z Damonem Albarnem czy Bobbym Womackiem. I tak, powoli album się sklejał w całość, a wraz z nim koncepcja „free popu” – gatunkowego szyldu, pod którym Kwes postanowił komponować. A jak mu to wyszło?

 Ilp. otwiera „Purplehands” — nieco mantryczny utwór, w którym dominują przesterowane odgłosy ulicy. Myślę, że gdyby polscy filmowcy reanimowali „Pana Kleksa”, to nie musieliby daleko szukać — podrzucam pierwszą ścieżkę na soundtrack. „Purplehands” to utwór-brama,  wprowadzający słuchacza w dość niezwykły i dychotomiczny świat Kwesi Seya, który jest, owszem — instrumentalnie nowoczesny, ale za to rozczulająco archaiczny w warstwie tekstowej. Kwes widzi muzykę kolorami dzięki chromestazji, lecz posiadł też inną, zdecydowanie ważniejszą umiejętność: potrafił przepisać siebie, swój charakter, stosunek do życia,  lęki i marzenia w piosenki. Słuchając jego utworów, od razu jesteśmy w stanie ocenić, z jakim człowiekiem mamy do czynienia: nieśmiałym, wrażliwym i skromnym. Ziomkiem, z którym większość z nas chciałaby się zaprzyjaźnić. Kwes Ilp. to zwyczajny chłopak, który bardzo kocha swoich dziadków (w singlu „36” przynajmniej cztery razy wyznaje im miłość), bywa spłukany i zdołowany (wstrząsające „Broke”), postanawia czekać na ławce na utraconą miłość aż do końca świata („Parakeet”), albo przeżywa zauroczenie starszą dziewczyną, choć jest zbyt nieśmiały, by wykonać pierwszy krok („B_shf_l”). Bezpretensjonalne teksty są siłą tej płyty i świetnie korespondują z muzyką, która raz zbliża się do IDM-owych harmonii godnych Four Teta czy Bibio, by w kolejnym utworze wybrzmieć nowoczesnym r’n’b w stylu Samphy.

Nie jest jednak tak, że to album idealny. Przewrotną wadą Ilp. jest fakt, że Kwesowi udało się osiągnąć zamierzony efekt i stworzyć płytę dość łatwą w odbiorze. Ci, którzy słyszeli jego poprzednie wydawnictwa, mogą się nieco rozczarować. Skomplikowane, niekiedy wręcz symfoniczne rozwiązania zastąpiły proste, popowe melodie, które nijak mi pasują do jego wcześniejszego emploi. To wciąż co prawda pop nieoczywisty i ambitny, jednak liczę, że następna płyta  Kwesa popłynie w nieco bardzo bardziej eksperymentalnym kierunku.  Ale cóż, wiele można wybaczyć muzykowi, który debiutuje płytą brzmiącą jak barowa spowiedź starego, dobrego przyjaciela.

 

 

Komentarze

komentarzy