Wydarzenia

kwes

Zobacz mini dokument o powstawaniu nowej płyty Solange!

66c3ec92
Kilka dni temu otrzymaliśmy nowy rewelacyjny album Solange — A Seat at the Table, a dziś dostajemy mini dokument prezentujący strzępki sesji nagraniowych i jam sessions poprzedzających sam proces nagrywania krążka. W A Seat At The Table, Beginning Stages pojawiają się między innymi Sampha, Kwes, Sean Nicholas Savage i syn Solange — Juelz. Możemy posłuchać fragmentów wczesnych wersji „Don’t You Wait”, „Mad” czy „Don’t Touch My Hair”.

Sama Solange napisała kilka słów na temat filmu:

A Seat At The Table, Beginning Stages to spojrzenie na czas pierwszych jam sessions, eksperymentów oraz eksplorowania dźwięków i pomysłów na album. Niektóre z jam sessions nie trafiły na płytę, ale pomogły stworzyć i określić brzmienie, wczesne teksty i koncepty, które napisałam specjalnie na ten projekt.
Ten film dzieli się na trzy części. Pierwsza i druga część powstały na Long Island i w Nowym Orleanie, gdzie najpierw zaczęłam jamować i pracować nad pomysłami ze wspaniałymi artystami i muzykami, którzy się tu udzielają (jak również z niesamowitymi artystami i muzykami, którzy nie są tu pokazani). Wiele z tych dni po prostu zaczynało się od tego, że śpiewałam melodię albo ktoś grał motyw na klawiszach lub na basie i tworzył się z tego godzinny jam.
W trzeciej części przenoszę wszystkie te jam sessions do New Iberii w LA razem z moimi inżynierami i tworzymy struktury piosenek, dźwięki, piszemy teksty i melodie. Potem wzięłam wszystkie te piosenki do Los Angeles by pracować z Raphaelem Saadiq’em, aby pomóc wzmocnić produkcję i nagrać wokale razem z Troyem Johnsonem. Kiedy patrzę na pierwszą fazę tworzenia płyty, pamiętam bardzo silną energię, która nadała ton i, za co jestem wdzięczna, podążała za nami wszędzie podczas tworzenia tej płyty.”

Bardzo ciekawy materiał dla słuchaczy. Dodam tylko od siebie, że Solange z takimi krótkimi włosami na głowie to my kind of girl! Miłego słuchania i oglądania.

Recenzja: Kwes Ilp.

10336-ilp

Kwes

Ilp. (2013)

Warp

 

 

W recenzjach bardzo często nadużywa się patetycznych przymiotników, tak jakby tylko one mogły być rzetelną transkrypcją dźwięków na pismo. Niektóre z nich zupełnie się wytarły i zdewaluowały niczym modne ciuchy, które wstyd założyć już sezon później. Takim literackim ciuszkiem jest „szczerość”; bywają szczere piosenki, szczere albumy, a najczęściej w szczerość stylizuje się przekaz. Dlatego lojalnie informuję, że Ilp. Kwesa to album na wskroś szczery, wręcz definiujący szczerość w muzyce —  i nie, nie jest to chwyt retoryczny. Ale od początku.

Kwes ma na koncie już dwie epki i sporo kolaboracji, o czym szerzej pisałam tu. Jego debiutancki longplay powstawał w twórczych bólach przez kilka ostatnich lat. Cóż, wena bywa zdradliwa, ale jakby spersonalizować tą, pewnie byłaby wyjątkowo wredną babą. Na szczęście, Warp słynie z wyrozumiałości, a nasz zdolny bohater miał w międzyczasie wolną chwilę na współpracę z Damonem Albarnem czy Bobbym Womackiem. I tak, powoli album się sklejał w całość, a wraz z nim koncepcja „free popu” – gatunkowego szyldu, pod którym Kwes postanowił komponować. A jak mu to wyszło?

 Ilp. otwiera „Purplehands” — nieco mantryczny utwór, w którym dominują przesterowane odgłosy ulicy. Myślę, że gdyby polscy filmowcy reanimowali „Pana Kleksa”, to nie musieliby daleko szukać — podrzucam pierwszą ścieżkę na soundtrack. „Purplehands” to utwór-brama,  wprowadzający słuchacza w dość niezwykły i dychotomiczny świat Kwesi Seya, który jest, owszem — instrumentalnie nowoczesny, ale za to rozczulająco archaiczny w warstwie tekstowej. Kwes widzi muzykę kolorami dzięki chromestazji, lecz posiadł też inną, zdecydowanie ważniejszą umiejętność: potrafił przepisać siebie, swój charakter, stosunek do życia,  lęki i marzenia w piosenki. Słuchając jego utworów, od razu jesteśmy w stanie ocenić, z jakim człowiekiem mamy do czynienia: nieśmiałym, wrażliwym i skromnym. Ziomkiem, z którym większość z nas chciałaby się zaprzyjaźnić. Kwes Ilp. to zwyczajny chłopak, który bardzo kocha swoich dziadków (w singlu „36” przynajmniej cztery razy wyznaje im miłość), bywa spłukany i zdołowany (wstrząsające „Broke”), postanawia czekać na ławce na utraconą miłość aż do końca świata („Parakeet”), albo przeżywa zauroczenie starszą dziewczyną, choć jest zbyt nieśmiały, by wykonać pierwszy krok („B_shf_l”). Bezpretensjonalne teksty są siłą tej płyty i świetnie korespondują z muzyką, która raz zbliża się do IDM-owych harmonii godnych Four Teta czy Bibio, by w kolejnym utworze wybrzmieć nowoczesnym r’n’b w stylu Samphy.

Nie jest jednak tak, że to album idealny. Przewrotną wadą Ilp. jest fakt, że Kwesowi udało się osiągnąć zamierzony efekt i stworzyć płytę dość łatwą w odbiorze. Ci, którzy słyszeli jego poprzednie wydawnictwa, mogą się nieco rozczarować. Skomplikowane, niekiedy wręcz symfoniczne rozwiązania zastąpiły proste, popowe melodie, które nijak mi pasują do jego wcześniejszego emploi. To wciąż co prawda pop nieoczywisty i ambitny, jednak liczę, że następna płyta  Kwesa popłynie w nieco bardzo bardziej eksperymentalnym kierunku.  Ale cóż, wiele można wybaczyć muzykowi, który debiutuje płytą brzmiącą jak barowa spowiedź starego, dobrego przyjaciela.

 

 

Wszyscy, którzy nie znacie – poznajcie Kwesa

kwes

Jestem wielką fanką tego nieśmiałego chłopaka, a dzisiejsza premiera jego pierwszego LP ilp jest świetną wymówką, by przedstawić Wam go nieco bliżej.

Pod pseudonimem Kwes kryje się pewien łagodny jak baranek 25-latek z Wysp Brytyjskich, który zaczął już produkować w wieku wyjątkowo nastoletnim i nieszczęśliwym — miał zaledwie czternaście lat.  No ale to nic dziwnego, skoro muzyka była jego przeznaczeniem. Dowodem na to jest wykryta we wczesnym dzieciństwie chromestezja, która sprawia, że Kwes widzi dźwięki jak kolory. „G jest pomarańczowe, D – zawsze w tonacji żółto-zielonej, a  C – niebieskie” — tak artysta opisał te wrażenia w jednym z wywiadów. W ramach ciekawostki, utwory „No need to run” czy „Hearts in Home” są próbą oddania tej kolorowej synestezji na język stricte muzyczny.

A co działo się dalej? Gdy nasz bohater podrósł, a głos rozsądku kazał mu podjąć studia, wybrał  filozofię, dzięki której zupełnie ześwirował na punkcie Schopenhauera i jego idei miłości. To wtedy na fali intelektualnego pobudzenia, talent muzyczny Kwesa zaczął się rozwijać szybko niczym erystyczny spór, przez co on sam rzucił studia i na serio zajął się produkcją dla innych — między innymi dla Speech Debelle czy Micahu. Jego pierwszą solową epkę No Need to Run wydało Young Turks Records już w 2009 r.

Utworem, który pochodzi z tego wydawnictwa, jest wirtuozerskie „In & Out the UK”, które w moim osobistym rankingu posadziło Kwesa na tronie gdzieś pomiędzy jaśnie wielmożnymi Dorian Concept i Flying Lotus. Ta skomplikowana, wielowarstwowa, pełna paradoksalnych dźwięków muzyka sprawia, że chce się wyjść z domu i tarzać się w liściach, oświadczać kobietom na ulicy, albo biec jeszcze dalej, niż Forrest Gump. Po prostu czysty zachwyt. A jeśli nie wierzycie moim patetycznym komplemencikom, to zaufajcie ekipie Warp, która w 2012 r.wydała drugą epkę Kwesa, Meantime. 

Pierwszy singiel z Meantime, „bashful” zaskoczył nie tylko dlatego, że przewrotnie promował nieśmiałość —  to utwór, w którym artysta po raz pierwszy odważył się zaśpiewać. W późniejszych wywiadach wyznał, że zaczął śpiewać publicznie zaledwie kilka miesięcy wcześniej, a to dość wyjątkowe, bo jego głos brzmi naprawdę głęboko. Trochę jakby Sampha leżąc pod kocykiem, podśpiewywał sobie to i tamto. I jeśli wciąż mało Wam rekomendacji, to dorzucę jeszcze, że „LGOYH” Kwesa zsamplował Kanye West w utworze Pusha T „Who I Am”.

Dość sporo, jak na wstydliwego 25-latka, prawda? Ale koniec gadania, bierzmy się za muzykę. Poniżej do odsłuchu jedne z najlepszych utworów Kwesa, w tym singiel z długogrającego debiutu  ilp, „36”.