Recenzja: Robert Glasper Experiment Black Radio 2

Data: 31 października 2013 Autor: Komentarzy:

black radio

Robert Glasper Experiment

Black Radio 2 (2013)

Blue Note

 

 

Robert Glasper w poprzednim wcieleniu był ulicznym malarzem. Z dystansu obserwował ludzkie relacje i osobowości, a następnie wprawnym pędzlem pokrywał płótna, kreśląc na nich najróżniejsze odcienie emocji. Tym razem karma postanowiła iść krok dalej i w ramach nagrody obdarzyła go niesamowitym talentem muzycznym. Innego wytłumaczenia dla jego twórczych poczynań nie odnajduję. W ramach jednego wydawnictwa, współpracując z całą gamą wokalnych indywidualności, potrafi stworzyć gładko płynącą kompozycję, nie obdzierając swoich gości z charakteru. To jednak udowodnił już przy części pierwszej Black Radio. Teraz idzie o krok dalej. Zdaje się być jeszcze odważniejszy w  eksperymentowaniu, odrobinę bardziej pikantny. Jak gdyby mistrz łączenia kolorów otrzymał nową paletę barw.

Artysta zmienia też odrobinę nurt. Z barokowego niemal przepychu instrumentalnego, pełnego szalonych solówek, zmierza w stronę impresjonistycznie zlewających się pejzaży dźwiękowych, na pierwszym planie eksponując wokale. Kilka postaci ze znanego już portretu pojawia się również w tej odsłonie. Lalah Hathaway z Robertem wydaje się dzielić wyjątkową chemię, czego dowodem był magiczny cover Sade „Cherish the Day”. Tym razem córka Donnego głębokim altem współtworzy przejmującą wersję Wonderowego „Jesus Children”. U jej boku, Malcolm-Jamal Warner udowania, że umiejętnie wykorzystana melorecytacja potrafi przynieść efekt daleki od nachalnego. Drugim, a jednocześnie ostatnim coverem, jest „Lovely Day” Withersa. Na wstępie pojawia się zaczepny Bill we własnej osobie, a po chwili już nastrojowa aranżacja lekko oplata wokal. Można odnieść wrażenie, że trafiło się na najprawdziwsze jam session, a w składzie grają muzycy, którzy genialnie się wyczuwają, wzajemnie prowokując oraz drażniąc.

Zamiłowanie Glaspera do eksperymentowania z hip-hopem jest wyrazem najprzyjemniejszej z muzycznych zdrad. I w tej odsłonie nie brakuje wersów, poza „Perserve” (do słuchania kawałków takich jak ten ktoś chyba właśnie stworzył subwoofer) z udziałem Snoop Dogga i Lupe Fiasco, jest również otwierający krążek „I Stand Alone”. Nieskomplikowany, przyjemny klawisz i Common bujają niezobowiązująco. „Let It Ride” z Norah Jones zdaje się być natomiast wyrazem buntowniczego, najbardziej eksperymentalnego oblicza Glaspera. Nałożenie głosu pościelowej królowej na iście drum’n’bassowy podkład, udekorowanie tego zadziwiająco rozwijającymi się wstawkami płynącymi z pianina, daje wyjątkowo zaskakujący efekt. Nie przez cały czas jest jednak lekko, miło i przyjemnie. Tym, którzy powątpiewali w jej formę, Marsha Ambrosious przyciera nosa. Robert stworzył dla niej magiczną krainę przestrzennych harmonii, pulsującej sekcji rytmicznej oraz klawiszowego legato. Do tego wystarczy dorzucić połamane „What Are We Doing” Brandy i singlowe „Calls” z Jill Scott w roli głównej – a z pojedynczych obrazów zaczyna tworzyć się coraz spójniejsza panorama. Męskie wokale reprezentowane przez Anthonego Hamiltona czy Bilala, wprowadzają kolejną odmianę wrażliwości, wykorzystując soulowo-gospelowy vibe.

Podobnie jak w przypadku pierwszej części Black Radio, o każdym utworze można by było napisać oddzielny akapit. Jednocześnie we wszystkich można doszukać się wspólnego mianownika, nie tylko w postaci instrumentalnych poczynań Roberta. Potrafi zaskoczyć w swojej przyjemnej przewidywalności. A wrażliwość i pasja to chyba słowa klucze, wskazówki umożliwiające zrozumieć tajemnicę Glaspera.

Komentarze

komentarzy