Wydarzenia

Recenzja: Kid Cudi Satellite Flight: The Journey to Mother Moon

Data: 13 marca 2014 Autor: Komentarzy:

satellite flight

Kid Cudi

Satellite Flight: The Journey to Mother Moon (2014)

Wicked Awesome Records / Republic Records

-What is you like most about being up here?
 -The silence. I could get used to it.
 Gravity

Kid, Ty fircyku, zagrałeś na nosie pani doktor z hollywoodzkiej produkcji i udowodniłeś, że w kosmosie znaleźć można coś o wiele bardziej interesującego niż ciszę, której akompaniuje Steven Price. Dałeś nam miksturę swojego klasycznego stylu z domieszką patosu VangelisaEnnio Morricone (uwierz, trochę chichotałam, kiedy po raz pierwszy przesłuchiwałam Twój album) oraz odgłosów, które hulały w głowie Lema, kiedy ten osadzał w dźwiękowej rzeczywistości swojej wyobraźni postać pilota Pirxa.

Satellite Flight: The Journey to Mother Moon miał być pierwotnie EP-ką, w zamierzeniu – albumem, a w efekcie – stanowi (podobno) pomost spajający INDICUD i ospale zapowiadającym się Man on the Moon III. Albo inaczej – ma być do MOTM3 wprowadzeniem i zapowiedzią nowego rozdziału w artystycznej twórczości Mescudiego.

Tylko jak ten pomost wygląda? Największą jego słabością jest, paradoksalnie, stabilność, czyli natrętna równość kawałków – przynajmniej tych z pierwszej połowy albumu. Ugrzęzłe w charakterystycznej nostromo-lunarnej stylistyce numery aż do „Too Bad I Have To Destroy You” zdają się siostrzanie podobnymi do siebie zapychaczami albo uzupełnieniami prowadzonej przez Kida narracji. Uzupełnieniem do nieprzedstawionej treści, trzeba dodać. Mętnie nie przestaje być nawet, gdy za mikrofon w „Balmain Jeans” – notabene, niesamowicie banalnego pod względem tekstowym – chwyta Raphael Saadiq. Jest charakterystycznie, a jednak nijako.

Dopiero szósty, posiadający najbardziej hitowy potencjał numer wytrąca z poczucia odrętwienia i zawieszenia, nomen omen, w próżni. „To Bad I Have To Destroy You”, poza ironiczno-melancholijnym tytułem przykuwa uwagę rapowymi skilami Cudiego. O tak, ten człowiek zdecydowanie umie nawijać i szkoda, że robi to relatywnie rzadko.

Podróż trwa w najlepsze. Docieramy do „Internal Bleeding”. Semantycznego #bangu, emocjonalnego #sztosu. Dla tego i poprzednio wspomnianego numeru przedzierałam się przez papkowatość pozostałych utworów. Dziękuję Bogu za ten kawałek, bo jest on jednym z niewielu, po których pozbierać się jest nie łatwo. Co z tego, że technicznie wykazuje te same braki co reszta płyty i w ogóle producencka działalność Scotta: czyli zbytnią monotonność i zacietrzewianie się w jednym, zazwyczaj całkiem udanym, ale na dłuższą metę nudzącym koncepcie. Nic po tym, jeśli ciężar emocjonalnego przekazu w „Internal Bleeding” sączy się jak żółć , a środków wykonawczych, jakie zostały w nim zastosowane, mogliby pozazdrościć wszyscy laureaci wszelakich festiwalów piosenek aktorskich razem wzięci. Jednostajność warstwy instrumentalnej tutaj służyć może tylko jako atut. Nic nie porusza bardziej niż wyśpiewana świadomość wiecznego, jednostajnie raniącego cierpienia podkreślona ociężałością podkładu. Kid, ta piosenka sprawiła, że „my heart was leaking”. As well.

Szkoda tylko, że najjaśnieszy punkt płyty jest jej prawie jedynym highlightem. Leniwie składające się do zamknięcia albumu outropodobne trzy ostatnie numery powracają do poprzednio spotkanej konwencji – czyli głównie do budowania atmosfery, stanowienia wspomagacza opowieści, którą na dobrą sprawę można wysupłać tylko z tytułów kolejnych kawałków. Hej Scott, trochę mało konkretów w twoim sprawozdaniu z podróży do innej rzeczywistości, a zbyt wiele kliszowatych stylistycznych trików, które miały słuchaczy wprowadzić w atmosferę dalekosiężnych wojaży. Satellite Flight… prawdopodobnie zdecydowanie bardziej sprawdziłoby się jako EP-ka. Jego koncepcyjny charakter, zbyt inwazyjnie wpływający na stylistykę panującą na krążku nie wyczerpałby się, gdyby miał się rozciągać na o połowę mniej utworów. Mniej znaczy więcej, pamiętaj o tym, Kid. A teraz zabieraj się do pracy nad MOTM3.

Komentarze

komentarzy