Recenzja: Vijay Iyer Mutations

Data: 14 marca 2014 Autor: Komentarzy:

Vijay Iyer

Mutations (2014)

ECM

Vijay Iyer nie boi się niczego. Z każdą kolejną płytą coraz odważniej poszukuje, w efekty swoich eksploracji wtajemniczając słuchaczy. A te przybierają coraz bardziej wysublimowane i nieoczekiwane formy — jego pierwszy krążek nagrany dla ECM, Mutations, jest ewoluującym w czasie, żywym organizmem.

Pianista znacząco wychodzi poza ramy współczesnego jazzu i korzystając z doświadczenia amerykańskiej szkoły minimalizmu, przedstawia serię dziesięciu tytułowych mutacji, oprawionych w trzy mniejsze kompozycje, służące tu poniekąd jako prolog i epilog. Nie tylko tymczasowo rozstaje się z formułą jazzowego tria, ale w jego miejsce angażuje do współpracy klasyczny kwartet smyczkowy, sam podejmując się wielu ról — kompozytora, interpretatora, improwizatora i producenta, zmyślnie zbierającego poszczególne fragmenty w jeden utwór przy pomocy elektroniki.

Mutacje płynnie i bez sentymentów przechodzą jedna w drugą, dostojnie prezentując swe obecne formy, by za chwilę przybierać kolejne, aż do momentu, gdy fortepian Iyera da wymowny sygnał w „When We’re Gone”, które na zwieńczenie tej żywej maskarady jawi się niczym nokturn na koniec czasu.

Trudno osądzić czy Iyerowi jest bliżej radosnym pulsacjom Reicha, czy serialistycznemu enigmatyzmowi Feldmana — jego Mutacje w istocie plasują się gdzieś pomiędzy nimi. Pianista miesza i celowo gubi klucze do swojej muzyki, stawiając w równej mierze na pieczołowitą organizację kompozycji, jak i na otwarcie jej ram dla wykonujących ją muzyków. Dzięki temu, niezależnie od aktualnie wybrzmiewającego fragmentu, utwór zdaje się oddychać, poruszać i rozwijać się — żyć.

Komentarze

komentarzy