Recenzja: Freddie Gibbs & Madlib Piñata

Data: 29 marca 2014 Autor: Komentarzy:

madgibs

Freddie Gibbs & Madlib

Piñata (2014)

Madlib Invazion

Na Piñatę czekaliśmy z zapałem i lekką niepewnością, chociaż po serii poprzedzających projekt epek mogliśmy być spokojni o poziom. Będę więc szczery jak sam Gibbs — jest to najlepsza pozycja w jego dyskografii, a także najmocniejsza produkcja Madliba od czasów Madvillainy.

Pochodzący z rodzinnych stron Michaela Jacksona raper podąża ścieżką udeptaną przez Scarface’a, Raekwona i innych naczelnych dilerów rap gry. Jest dosłowny, surowy, wulgarny. Wbija kij w mrowisko, wyraźnie nakreśla swoje życiowe priorytety. Jego historie są tak wiarygodne i opisane z taką starannością, że nie potrzebują żadnego certyfikatu autentyczności. Wywołują u nas to niekomfortowe wrażenie, że nasza codzienność wydaje się być nudna i bezbarwna w porównaniu z życiorysem Gibbsa. Kiedy w jednym z utworów emcee rozlicza się ze swoim dawnym wydawcą Young Jeezym, nie zostawia na nim suchej nitki i nazywa go po imieniu — taka szczerość jest na wagę złota w czasach kiedy raperzy częstują się zaczepkami-aluzjami, by potem się ich wypierać na twitterze niczym panienki. Chociaż Freddie nieraz popisuje się swoim wygimnastykowanym flow, nigdy nie daje mu brać górę nad cierpkim, ulicznym przekazem. Jest niebywale niedzisiejszy, co nie znaczy zacofany. Nie stara się na siłę przypodobać tetrykom narzekającym na wszystko, co świeże we współczesnym hip hopie. On po prostu jest w stu procentach sobą, taka postawa jest i zawsze będzie na czasie.

Oczywiście każdy, kto kiedykolwiek miał styczność z rapem Gangsta Gibbsa, wie już to wszystko. Tym co uczyniło Piñatę jego najwybitniejszym projektem jest drugi bohater, czyli legendarny Madlib. Producent z zachodu Stanów również nikogo innego nie udaje. Brudne, wysamplowane z zakurzonych jazzowych i soulowych winyli pętle, melancholijne melodie, pomysłowe partie perkusyjne, powycinane z filmów dialogi to wciąż jego znaki szczególne. Tak samo zahaczające o psychodelikę efektowne przejścia i dodatkowe aranżacje z użyciem wyszukanych instrumentów, choć tych elementów jest znacznie mniej niż zazwyczaj. Efekt końcowy jest jednak znakomity — album brzmi bardzo oldschoolowo i ulicznie, ale idealnie doprawiony został czymś, czego nie uświadczysz na swoim ulubionym gangsterskim albumie z lat dziewięćdziesiątych. Madlib nie próbuje — tak jak w kultowej kolaboracji z MF DOOMem — wkraczać na pierwszy plan, jego bity stanowią przede wszystkim tło dla tematów poruszanych przez Freddiego. Idealne tło, gdy przyjrzymy się paranoicznemu „Shitsville”, narkotycznemu „High„, oddającemu hołd upieczonej słońcem Kalifornii „Lakers” albo bezlitośnie bujającemu naszymi głowami „Real”.

Hip hop jako gatunek muzyczny daje nieograniczone możliwości jeśli chodzi o posługiwanie się treścią i formą. Gdy przychodzi co do czego, pewne wartości pozostają jednak najważniejsze. Nic tak nie satysfakcjonuje jak uliczne opowieści raperów z niewypłacalnym street creditem. Inny przykład to doskonała chemia między jednym emcee i jednym producentem. Piñata doskonale łączy w sobie oba te aspekty i uzależnia słuchacza — nieważne czy wypełniona słodyczami, czy kokainą.

Komentarze

komentarzy