Recenzja: Kuba Knap Lecę, chwila, spadam

Data: 10 lipca 2014 Autor: Komentarzy:

Kuba Knap

Lecę, chwila, spadam (2014)

Alkopoligamia

Stop. Teraz będzie ważny debiut. Ziomek znikąd postanowił być raperem. Wydał płytę w najbardziej hajpowanej polskiej wytwórni hip-hopowej ostatniego czasu. Nagrał kilkanaście kawałków, które bez nadęcia nazwane mogą być głosem pokolenia – zbiorem wszystkiego tego, co chcieliby powiedzieć równolatkowie Kuby Knapa, ale jakoś nie mogą się zebrać.

Kuba się jakoś zebrał i wyszło mu całkiem nieźle. Stworzył równą, bogatą w odwołania do wszelkich tekstów kultury (Hydrozagadka!) płytę , którą trudno oceniać inaczej niż jako zintegrowaną całość. Osobowość rapera jest tak silna i tak bardzo rzutuje na całościowe brzmienie płyty, że nie można odkleić jej od czysto muzycznej wartstwy produkcji, odstawić na bok i zacząć analizować co i jak na płycie zostało zrobione. Hej, to manifest, to pojedynczy głos wydany – pewnie bez świadomości swojej roli – w i mieniu większej grupy! Manifest banalizmu i zwyczajności, nieoglądania się za innymi i gonienia marzeń – w wulgarnym, cwaniakowatym wydaniu. Głos maksymalnie zdystansowanego wobec życia kolesia, który jeszcze ma czelność się dziwić, że świat urządzony jest czasem tak nieprzyjemnie. Bo jest młody i mu wolno.

Na popełnianie błędów Kuba też ma przyzwolenie. Zacietrzewiony w opisywaniu świata, trochę się zapędza. Przykłada tak dużo wagi do opowiadania historii, że sposób ich przekazywania zaczyna utykać. Jest ciężkawo, muliście – czyli tak, jak wyglądają skacowane poranki, o których Kuba rapuje. Jego głęboka, ciemna barwa głosu połączona z ciągłym celowym i wykonywanym z precyzją wypadnięciem poza puls są rozciągnięte na długość całej płyty; sprawiają, że wydaje się ona monotonna i ciężkostrawna. Szkoda. Bo – tak rzadkie – przyspieszenia (chociażby jak te z „Mhm”) są przez rapera mistrzowsko rozplanowywane, a same  nadają upragnionego dynamizmu całej produkcji. Jednak to w ciężkości tkwi potencjał i w niej siła tkwi – wystarczy porównać Lecę, chwila, spadam z poprzedzającą ją EP-ką Clint Eastwóód, gdzie o ciężkości nie może być mowy – za to o frywolnym, trochę przypadkowym i wtórnym charakterze już tak.

Przy okazji: wiecie, że Kuba Knap nazywany jest polskim Devinem the Dude? Może dlatego, że bity, na których nagrał album są wiecznym tributem do Dungeon Family? Południe południu nierówne – w końcu Halinów to nie Atlanta, a Mazowieckie to nie Georgia – ale! Odpalcie „Pierdole was, pije browar” i sami powiedzcie, czy SoDrumatic przed chwilą nie wrócił z wycieczki do piwnicy Rico Wade’a? Z polskiego podwórka: odpalcie „A japy się cieszo” i przypomnijcie sobie Ortegę Cartel. Jest klasycznie, a w klasycyzmie hip-hopu od strony muzycznej mieści się u Knapa cały sprzeczny wobec charakteru muzyki ładunek emocjonalny. Nihilizm i akty heroizmu podane są tutaj w bardzo ziomalskim, czasem wulgarnym wydaniu, co jeszcze wyraźniej komunikuje, że afirmacja codzienności, to temat, którym Kuba zajmować się będzie przez najbliższy czas.

Komentarze

komentarzy