70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Relacja: 10 powodów, dlaczego Jan po koncercie w Warszawie stał się Legendą

Data: 28 października 2014 Autor: Komentarzy:

johnlegend

 foto: Artur Rawicz

Za nami koncert Johna Legenda na warszawskim Torwarze, przeczytajcie co mamy o nim do powiedzenia, chociaż już sam tytuł relacji mówi wiele.

1. Wokal
Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie koncertu, w którym nie dane było mi usłyszeć wokalnych potknięć wokalisty. Wiadomo — emocje, temperatura, atmosfera występów na żywo rządzą się swoimi prawami. Tym razem jednak było inaczej. Kunszt wokalu Johna Legenda przyprawiał o ciarki na całym ciele. Siła, barwa, ton głosu artysty potwierdzał tylko fakt, że mamy do czynienia z muzycznym, soulowym geniuszem. Każdy dźwięk był podparty do samego końca. Nieważne było tempo utworu, czy pozycja ciała — stojąc czy siedząc — Legend brzmiał doskonale. Tym co urzekło jednak najbardziej, była prawda płynąca z każdego wychodzącego słowa. Magia — tak, zdecydowanie zostałam zaczarowana.

— Lejdi K

2. Teksty piosenek
Jedną z zalet Legenda jest niesamowita umiejętność komponowania tekstów, które nie dość, że potrafią trafić do każdego, to jeszcze rozgrzewają najzimniejsze nawet miejsca w ciele i umyśle człowieka. Miłość, seks, romanse, złamane serca, walka o ukochaną osobę — kto z nas tego nie zna? Osobiście należę do zwolenników analizowania słów, zwłaszcza tych wypowiedzianych w odpowiedni sposób (co nie znaczy, że prosty) i nie ukrywam, że przekazy Johna niejednokrotnie towarzyszyły mi w życiowych wojażach. Piątkowym koncertem Legend udowodnił, że jego piosenki są ponadczasowe i choć niekiedy ktoś mógłby zarzucić mu truizm czy też nierzadko obracanie się wokół tych samych wątków, to mogę powiedzieć jedno: wsłuchaj się, poczuj, a każdy utwór stanie się inną historią.

— Dżesi

3. Emocje
Wiadomo jednak, że słowa wynikają z emocji, a te w przypadku Johna wydają się wprost kipieć. Stephens w nad wyraz piękny sposób kupuje słuchaczy swoją wrażliwością i zrozumieniem każdego elementu wielkiej układanki, jaką bez wątpienia jest życie. Empatia oraz wrażliwość są u niego cechami, które (z punktu widzenia słyszenia) odgrywają główną rolę w całej twórczości. Szczerze — wiele wzruszających koncertów mam za sobą, ale takiej tkliwości, jaka zaserwowana została w piątek, to już dawno nie otrzymałam. 10/10 w każdym aspekcie, w każdym calu. Ciarki miałam nawet na szyi, co, jak usłyszałam, jest relacją wystarczającą. Niech więc i tutaj wystarczy.

— Dżesi

4. Lista utworów
Można mieć nieziemski wokal i piękne teksty, ale ułożenie dobrej setlisty to już osobna bajka. Johnowi ta trudna sztuka się udała, a jego koncertowa lista piosenek była wypełniona nie tylko utworami z promowanego albumu Love in the Future, ale także najpopularniejszymi hitami i kilkoma coverami. Nie mam pojęcia, jak Legend to zrobił, ale w ciągu niecałych dwóch godzin znalazł miejsce na utwory z każdego poprzedniego krążka, nawet tego z The Roots. Zgodnie z głównym hasłem trasy było niezwykle osobiście i romantycznie, dzięki czemu mogliśmy posłuchać większości piosenek w całkiem nowych aranżacjach. Janek tylko na chwilę oderwał się od tej konwencji i śmiało poderwał publiczność przy tanecznym „Green Light” i perfekcyjnym coverze „Rock with You” Michaela Jacksona.

— Souljunkie

5. Widownia/publiczność
Pierwsze co mnie niesamowicie zszokowało — trybuny na Torwarze były pełne po brzegi, podczas gdy wszyscy narzekali na ceny biletów, a na ekranie w stolicy wyświetlającym sumę długu publicznego numerków nie ubywa. Pozytywne zaskoczenie przerodziło się w jeszcze większe osłupienie, gdy okazało się, że połowa publiczności nie zna tekstów lub wstydzi się śpiewać lub ma jeszcze 100 innych powodów, dla których siedzi nieruchomo. Po części ich rozumiem, prezencja Jaśka mogła zamrozić serca niejednego fana, ale wiecie co jest w tym najlepsze? To, że John nie rozpatrywał tego w kategorii „źle się bawią, fatalnie gram”. Nic z tych rzeczy. Pomimo tego, że czasem odzew był naprawdę znikomy, on dalej powtarzał „Warszawo, świetnie się tutaj czuję!”. To mi przypomniało koncert Eryki Badu w stolicy w 2011 roku, kiedy ta prawie nas zwyzywała za to, że nie śpiewamy z nią na dwa głosy. John, jeszcze raz powtarzam — dzięki za takie ciepło w kontakcie z nami, zadowolonymi słuchaczami, którzy po cichu przeżywali właśnie najpiękniejsze chwile swojego życia.

— Eye Ma

6. Światła
Jako dyplomowany technik plastyk już zawsze będę zwracała uwagę na stronę wizualną wszystkiego, co otacza mnie dookoła. Wchodząc do kościoła nie szukam tabernakulum, nie dlatego, że nie wierzę w brodatego dziadka na górze, ale dlatego, że jestem zbyt zajęta liczeniem naw bocznych i szukaniem deesis pośród ikon. Tego samego stanu doświadczam podczas koncertów i o ile często jestem rozczarowana poziomem polskiej architektury, o tyle scena, na której zagrał Jasiek, była przygotowana perfekcyjnie. Oto dowód, że nie potrzeba wielkoformatowych ekranów, by show stało się show przez wielkie S. Te czerwone, niemalże laserowe, pasy, delikatne fioletowo-żółte poświaty czy oczywiste zielone lampy przy „Green Light” miały w sobie tyle klasycyzmu, że w pewnym momencie pożałowałam, że w życiu nie byłam w operze czy filharmonii. Gdzieś w głębi ducha czułam, że ta sztuka podyktowana jest kulturą wyższego rzędu.

— Eye Ma

7. Sekcja smyczkowa
Niepisana zasada odbioru muzyki przez moją skromną osobę brzmi — „dodaj instrumenty smyczkowe, a wrażenie urośnie stokrotnie”. Ten sympatyczny gość musiał najwyraźniej to wiedzieć. Przy większości numerów zagranych na koncercie, poza fortepianem, gitarami i perkusją — towarzyszyła artyście sekcja smyczkowa. Tym samym dobrze znane nam utwory zyskały drugie życie. Doskonale dopełniły też wyjątkowo intymny klimat koncertu.

— Lejdi K

8. Poczucie humoru
Są na świecie osoby twierdzące, że artyści tracą cenny koncertowy czas opowiadając różne historie i anegdoty. Do tej grupy się nie zaliczam i uwielbiam, kiedy między piosenkami można posłuchać prywatnych opowieści muzyków czy nieznanych faktów o utworach. Na moje szczęście gadułą okazał się również Legend, a dzięki opowiadanym historiom jego koncert nabrał bardziej osobistego wymiaru. Jeśli ktoś z publiczności myślał, że wokalista zaistniał dopiero dzięki „All of Me”, mógł przekonać się na własne uszy, że siedzący za fortepianem mężczyzna już ponad dekadę temu udzielał się w kawałkach Lauryn Hill, Kanye Westa czy Alicii Keys. Nie zabrakło wzmianki o procesie tworzenia piosenek i niezapomnianej, przezabawnej historii o babci Maxine oraz utworu o właśnie takiej nazwie. Od czasu koncertu ten kawałek wywołuje ogromny uśmiech na mojej twarzy. Tak, John zdobył nasze serca również świetnym poczuciem humoru!

— Souljunkie

9. „Rock With You”
Wszystkie gwiazdy muzyki się kimś inspirują. Czy to Kendrick wzorujący się na 2 Pacu, D’Angelo obsesyjnie słuchający nagrań Curtisa Mayfielda, OtisaMarvina Gaye’a, a także P!nk, która nie udałaby się na lekcje wokalu bez Whitney czy JT, dla którego jednym z dwóch najważniejszych albumów w życiu jest Kid A zespołu Radiohead (!). Jednym ze wzorów do naśladowania dla Jana jest Król Popu. Cover utworu „Rock With You”, który usłyszałem na żywo w Warszawie, to moment koncertu, w którym pękłem. Wtedy właśnie ostatnia warstwa ochronna przed uwolnieniem ugniecionych głęboko emocji zniknęła. Michaelowe disco w wykonaniu Legenda, z żywymi, wspomnianymi wyżej smyczkami, to najważniejszy dla mnie punkt programu. I choć to poniekąd połączenie soulu z popem, to John, „wcielony” w postać Jacksona jest uwodzącym głosem, tworzącym magiczną, intymną atmosferę mężczyzną, za którym podąża kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt tysięcy gardeł.

— ANTKOVSKY

10. Samowystarczalność
Co tu dużo mówić. Znacie to uczucie, gdy jedziecie na koncert, gdzie zanim wejdzie gwiazda wieczoru odechciewa Wam się całego wydarzenia? My znamy i jesteśmy wniebowzięci, że możemy Wam przekazać fakt, iż na koncercie Jana nic podobnego Was nie spotka. Raz — nie było żadnego supportu, który by grał przed Legendą. Dwa — wszystkie wokale były tylko Jaśka, czasami jedynie wspierane przez gitarzystów, ale to od święta. Trzy — brak jakiegokolwiek chórku, który towarzyszy niemal każdej gwieździe. Scena w Torwarze należała tylko i wyłącznie do przesympatycznego mężczyzny ze Springfield w Ohio. Facet z klasą i człowiek-orkiestra — te słowa definiują artystę, który 24 października 2014 roku nie spóźnił się z wyjściem na scenę i zaczarował naszą ekipę ;)

— ANTKOVSKY

W swoim redakcyjnym życiu uczestniczyliśmy w bardzo wielu soulowych koncertach, ale z czystym sercem głosimy fakt, że ten był najlepszy.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475