Recenzja: PRhyme PRhyme

Data: 14 grudnia 2014 Autor: Komentarzy:

prhyme

PRhyme

PRhyme (2014)

PRhyme Records

Mówienie i pisanie o chemii między artystami to tak utarty i nadużyty już frazes, że aż wstyd go używać. Czasem jednak istnieje konieczność  — bo jak inaczej opowiadać o egzoergicznej, niewymagającej żadnej katalizacji reakcji między raperem Royce’em Da 5’9″, a legendarnym DJ’em Premierem? Od czasu nomen omen wybuchowego singla obaj nieraz się spotykali na wspólnych trackach, nigdy nie zostawiając słuchaczy z niesmakiem. Dwanaście lat później postanowili przypieczętować swoją współpracę albumem, który z tytułu jak i samej nazwy powstałego duetu sugeruje, że muzycy są u szczytu swojej świetności (ang. prime).

O formę Royce’a można było być spokojnym. Etatowy Rzeźnik i jedyny emcee potrafiący dotrzymać kroku Eminemowi od kilku lat zbiera uznanie jako członek ekstraklasy bezczelnych i cholernie zdeterminowanych punchlinerów. Na PRhyme Ryan Daniel Montgomery nie zmienił niczego w tej kwestii i ponownie dostarcza nam kilogramów surowego lirycznego mięsa celebrującego jego własną zajebistość. Czasem częstuje nas też zaczerpniętymi lekko od Eminema odważnymi autobiograficznymi wstawkami, a jeszcze rzadziej — bo praktycznie między wierszami — rzuca pojedyncze obserwacje na temat świata zewnętrznego. Nie można obwiniać Royce’a za to, że robi taki rap, w jakim czuje się najlepiej. Cicho jednak liczyłem, że z okazji zupełnie nowego projektu Nickel Nine objawi nam trochę inną (konceptualną? szerzej patrzącą na rzeczywistość?) wersję lirycznego „ja”.

Zdecydowanie bardziej obawiałem się o Premiera. Producent uważany przez wielu za bastion jedynego słusznego, prawdziwego hip hopu niespecjalnie według mnie przykładał się do swoich podkładów na przełomie ostatnich dziesięciu lat — czasem brzmiał jak zacięta płyta używająca tego samego zestawu bębnów i tracących polot patentów. Tymczasem PRhyme nie jest może powrotem do formy z co najmniej 2003 roku, ale niewątpliwie jest to pewnego rodzaju renesans. Najbardziej przyczynił się do tego specyficzny proces twórczy powstawania muzyki. Wszystkie wykorzystane na płycie sample zostały zaczerpnięte z kompozycji Adriana Younge’a napisanych właśnie z myślą o tymże albumie. Zabieg ten okazał się być jak powiew świeżego, arktycznego powietrza nad cuchnącymi stęchlizną, przeczesanymi dziesiątki razy w poszukiwaniu dobrego beatu, skrzyniami płyt winylowych. W produkcjach czuć głębię, czuć dawnego Preemo, ale czuć też odrobinę nowej jakości. Jako pan i władca kompozycji Younge’a, DJ Premier podjął kilka udanych decyzji kiedy doszczętnie pociąć dedykowane próbki, a kiedy zostawić prawie nietkniętą, samą w sobie soczystą, pętlę. Dobra robota — aczkolwiek myślę, że pan Adrian powinien figurować na okładce jako trzeci, równie istotny członek zespołu.

Kilka słów o gościnnych występach. Poza przewidywalnym faktem wystąpienia reszty ekipy Slaughterhouse, każdy featuring jest interesującym doświadczeniem dla słuchacza. W czasie kiedy ScHoolboy Q i Killer Mike potęgują hardkorowość „Underground Kings”, Ab-Soul i Mac Miller rozbawiają nas potokiem wytworów przepalonych umysłów w „Dat Sound Good”. Dwele pięknie nasyca soulowym wokalem „You Should Know”, Jay Electronica znów nakręca nas na jego długo oczekiwany longplay. A co powiecie na możliwość usłyszenia Commona na premierowym bicie pierwszy raz od czasów Like Water for Chocolate?

Chociaż PRhyme trwa niewiele ponad pół godziny, dostarcza nam o wiele więcej wrażeń niż statystyczny rapowy album z 2014 roku i uświadamia nam dobitnie dwie sprawy. Po pierwsze, Preemo nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i lekceważenie go w 2014 roku jest jednak poważnym błędem. Po drugie, nareszcie można oficjalnie i z czystym sumieniem przyznać, że Royce tworzy z Premierem równie zgrany duet co kiedyś Nas, Jeru The Damaja, a nawet (pomimo zawartej na płycie sugestii, żeby nie porównywać) Guru.

Komentarze

komentarzy