Recenzja: Ne-Yo Non-Fiction

Data: 9 lutego 2015 Autor: Komentarzy:

Ne-Yo

Non-Fiction (2015)

Motown

Ne-Yo ewidentnie zdał sobie wreszcie sprawę, że jego ostatnie muzyczne wycieczki zapędziły go w ślepy zaułek. Na Non-Fiction postanowił więc po cichu się wycofać, jednocześnie jednak nie mając odwagi przyznać się do błędu.

A lista win (nie mylić z kartą win) jest długa i o przebaczenie nie będzie łatwo. Piosenkarz zachęcony kuszącą perspektywą łatwej międzynarodowej kariery na EDM-owych bitach pobłądził na całego. Spadł z pieca na łeb i o mały włos nie skręcił sobie karku. Nie zapominajmy bowiem, że na swoim debiucie sprzed niemal dekady zaprezentował się jako całkiem niezły songwriter. Na jego trzeciej płycie natomiast wykształcił się charakterystyczny dla niego mariaż lekkiego R&B i electropopu, który w 2008 roku można było nawet nazwać błyskotliwym, ale od tego czasu dał początek zbyt wielu uporczywym i nieznośnym mutacjom, objawiającym się także w muzyce samego Ne-Yo. Dalej było już tylko gorzej. I niech nerwowe przekładanie premiery Non-Fiction z miesiąca na miesiąc będzie wystarczającym dowodem, że ludzie w obozie wokalisty zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Najpewniej w ramach uniku taktycznego zdecydowano się ostatecznie na wydanie aż czterech różnych wersji krążka w zależności od kraju i upodobań słuchaczy. Ne-Yo tłumaczy, że Non-Fiction to płyta koncepcyjna (tak, tak — konceptem mają być, niejako zgodnie z tytułem, prawdziwe postaci przechodzące przez prawdziwe sytuacje — to schemat wart przynajmniej nadchodzącej drugiej płyty Paris Hilton), ale jakże trzeba być niepewnym swojej własnej wizji artystycznej (wybaczcie brak cudzysłowu), by wypuścić ją w świat w czterech diametralnie różniących się od siebie wariantach.

Piosenkarz bardziej zdecydowanie powraca do stylistyki R&B, a właściwie do wspomnianego już sprawdzonego połączenia rhythm & bluesa i elektronicznego popu, które (w zupełnie innym kształcie) wypełniło jego najlepszy w karierze krążek. Ne-Yo dobrze kombinuje, ale po zbyt wielu zbyt spektakularnych kolaboracjach (by wyrazić to słowami) brakuje mu wyczucia w kwestii brzmienia i melodii. Nie zapominajmy bowiem, że przecież jest współwinny m.in. utrzymywania przy życiu wydającej się wygasać już od kilku dobrych lat (niestety — jak się okazuje — mylnie) kariery Pitbulla, którego zresztą bez żadnego skrępowania zaprosił na swój nowy album. Do elektronicznego triduum dołączają tu zresztą jeszcze David Guetta i Stargate (ten sam, który przed laty zrobił pierwszy i jak dotąd największy przebój Ne-Yo — „So Sick”), ale piosenkarz wyraźnie się hamuje — chce by wilk był syty i owca cała.

Pośpiesznie wraca więc do pościelowego R&B w postaci bardzo modnie wielowarstwowo wyprodukowanego „Good Morning”, któremu niestety brakuje trochę solidnej melodii, ale w porównaniu do trzech prostych jak konstrukcja cepa refrenów zasłyszanych chwilę wcześniej i tak jawi się jako arcydzieło gatunku. Jeszcze kilku przyjemnych momentów nie da się zresztą płycie odmówić, ale w każdym przypadku jest to jedynie solidne rzemiosło, opanowanie konwencji pozwalające na żonglerkę tematami i motywami, za którymi nota bene nie kryje się nic. „Religious”, potencjalnie najbardziej natchniony moment na płycie, aż prosi się o bezpośrednie porównanie z utworem R. Kelly’ego o takim samym tytule. Tego R. Kelly’ego, który, powiedzmy sobie szczerze, w ostatnich latach nagrywał rzeczy bardzo nierówne — od pierwszorzędnego soulu w stylu klasycznego Motown („Love Letter”) po żenujące próby bycia młodzieżowym („Cookie”). Pozostawiając jednak wartość jego materiału na boku, w zdecydowanej większości przypadków tworzone przez niego numery były jakieś. To samo zresztą odnieść można do wspomnianego „Religious”, które, choć sformatowane produkcyjnie pod amerykańskie radio, było bezsprzecznie numerem prawdziwie natchnionym, podczas gdy tegoroczna kompozycja Ne-Yo jest esencją tego, czym w ostatnich latach jest jego muzyka w ogóle — miałkości, nijakości i konformizmu.

Komentarze

komentarzy