Recenzja: Ne-Yo R.E.D.

Data: 15 listopada 2012 Autor: Komentarzy:

Ne-Yo

R.E.D. (2012)

Universal Motown

Tytuł najnowszego, piątego już, albumu Ne-Yo R.E.D. jest adekwatny o tyle, że wokalista ma wszelkie podstawy ku temu, by zrobić się czerwonym ze wstydu.

Historia dzieje się na naszych oczach, bo oto Ne-Yo, jeszcze nie tak dawno niezły songwriter i świadomie kształtujący muzyczne trendy piosenkarz, po serii niefortunnych kolaboracji i romansie z tanecznym mainstreamem, przeistoczył się w coś na wzór męskiego odpowiednika Rihanny. R.E.D. to bowiem klasyczny przykład płyty dla wszystkich i dla nikogo, na której mdłe, amelodyjne radiowe R&B przeplata się z nie mniej monotonnym electropopem na modłę europejską. By jednak Ameryka pozostała Ameryką, na R.E.D. znalazło się miejsce na nieprzyzwoicie nijaki i drętwy duet z gwiazdorem współczesnego country – Timem McGrawem.

Jest wręcz niewiarygodnie monotematycznie — trywialne tematy ujęte zostały w równie pospolite formy, oparte na tych samych, do znudzenia eksploatowanych, schematach muzycznych. Dwie linijki – „I ain’t got a condom here, oh no / And too lazy to run to the store” – z otwierającego album „Cracks in Mr. Perfect”, idealnie oddają istotę R.E.D..

Jak to się stało, że akurat pierwszy album wokalisty wydany przez (będący częścią Universal, ale jednak) Motown, jest bez cienia wątpliwości, najgorszym w jego karierze? Cokolwiek kierowało Ne-Yo przy tworzeniu tego albumu było złem w czystej postaci i w efekcie popchnęło go do popełnienia artystycznego samobójstwa przez podpisanie kasowego cyrografu. Tylko czy aby na pewno było warto?

Komentarze

komentarzy