Run the Jewels, Young Fathers, ILoveMakonnen — relacja z OFF Festivalu

Data: 12 sierpnia 2015 Autor: Komentarzy:

Image6
Tradycją jest już, że na polskie święto muzyki alternatywnej, katowicki OFF Festival, Artur Rojek zaprasza artystów rozmaitych gatunków. I tym razem podczas trzech festiwalowych dni nie zabrakło silnej czarnomuzycznej obstawy. Run the Jewels, Young Fathers czy ILoveMakonnen to jedynie wierzchołek góry lodowej (choć w świetle ostatnich upałów nie jest to z pewnością fortunne sformułowanie) tego, co można było w tym roku usłyszeć na Offie.


Young Fathers, którzy na Scenie Trójki pojawili się pierwszego dnia kwadrans przed dwudziestą, gdy było jeszcze całkiem widno niemal zostali ofiarami tegorocznego OFF-festiwalowego line-upu. Wczesna pora i ewidentny brak wyrazistego pomysłu na występ przyczyniły się bowiem do dość niezręcznego początku koncertu szkockiego tria, które próbowało zabawić polską publikę, krzyżując ze sobą bez przekonania i pożądanego rezultatu elementy stylistyk Death Grips i The Prodigy. Sytuacja zmieniła się w połowie koncertu, gdy ze sceny można było usłyszeć pierwsze takty „Get Up” — niewątpliwie najbardziej chwytliwego momentu dyskografii grupy. Young Fathers pojawili się w Katowicach z towarzyszeniem perkusisty-DJ-a, który poza nadawaniem rytmu zajmował się półplaybackiem. Trzeba przyznać, że grupa nieźle radzi sobie z ogarnianiem na żywo wielogłosowych wokali i złożonej rytmiki, na której w znacznej większości oparła swoja kompozycje. Trudno było jednak nie odnieść wrażenia, że publiczność z kolei oczekiwała rytmiki bardziej lineranej — prostszej i bardziej dynamicznej. Tę przeszkodę, podobnie jak towarzystwo zachodzącego powoli słońca, udało się jednak triu w drugiej połowie koncertu oddalić. Nie udało się natomiast wprowadzić nadrzędnego porządku w bardzo chaotyczny występ będący zbiorem poukładanych metodą na chybił-trafił utworów z trzech dotychczasowych longplayów zespołu. A przecież dałoby się z pewnością, tak jak na płytach, zaprogramować numery w koncepcyjny hipnotyczny trip. W tym z pewnością pomógłby udział większej liczby muzyków w przedsięwzięciu. Trzymamy zatem mocno kciuki za kolejne koncertowe wcielenia Young Fathers.

Drugiego dnia festiwalu o równie nieludzkiej porze, tym razem na Scenie Głównej, występował z kolei ILoveMakonnen, którego koncert można podzielić na dwie części — 20-minutową rozgrzewkę w wykonaniu DJ-a i właściwy występ. Raper z Kalifornii obrał sobie na koncert podobną strategię co Young Fathers — postawił na nawet bardziej mikstejpowy zlepek rozmaitych numerów swojego autorstwa. Nie zabrakło jasnych punktów z zeszłorocznej przełomowej epki — „I Don’t Sell Molly No More”, „Swerve” ani ikonicznego „Tuesday” — i to aż dwukrotnie — najpierw w połowie występu w formie krótkiego teasera, później na zamknięcie koncertu już w całości. U Makonnena taki sposób budowania koncertowej narracji był jednak bardziej niż pożądany. 26-letni raper w pozie prawdziwego gangstera, wuwuzele zwiastujące przejście do kolejnych numerów i niechlujna, mrucząco-skandowana artykulacja złożyły się na niezobowiązujący, zabawny występ w pełni spełniający pokładane w nim pół żartem, pół serio nadzieje.

Image11

Miłośnicy czarnych brzmień mieli drugiego dnia festiwalu intensywną przeprawę — prosto po ILoveMakonnen należało bowiem jak najprędzej pognać na Scenę Leśną, gdzie chwilę przed dwudziestą pierwszą zameldowała się legendarna Arkestra Sun Ry, który w tym roku świętowałby swoje 101 urodziny. Kultywatorzy afrofuturystycznego dziedzictwa pojawili się na scenie w 11-osobowym składzie z wokalistką, perkusistą, klawiszowcem i obszerną sekcją dętą stanowiącą podstawę muzycznej filozofii Sun Ra. Było dość zachowawczo, ale magicznie. Przez większość występu grupa brzmiała nadzwyczaj konwencjonalnie jazzowo i gdyby nie połyskliwe zdobne szaty kosmicznych kapłanów, trudno byłoby odgadnąć ich przynależność do Sun Ra Arkestra. Oderwanie w stronę bardziej afro-kubańskiej stylistyki nastąpiło dopiero bliżej końca koncertu, gdy dominującym motywem wokalnym stało się „Space Is the Place”. Trudno było nie odnieść wrażenia, że projekt w pewien sposób utrzymywała wewnątrz konwencji utalentowana, ale dość miękko brzmiąca obecna wokalistka grupy. Ostatecznie Sun Ra Arkestra to grupa znakomitych instrumentalistów, którzy, mimo pewnych niedoborów kosmicznej energii, znakomicie poradzili sobie na katowickiej scenie.

Jeśli po niezbyt tanecznym występie Sun Ra Akestra, naszła kogoś ochota na pląsy, mógł niezwłocznie wybrać się na występ Future Brown w Trójkowym namiocie. Ta DJ-ska supergrupa złożona z Fatimy Al Qadiri, J-Cusha, Asmy Maroof i Daniel Pinedy na szczęście i na nieszczęście zdaje sobie najwyraźniej sprawę z ułomności ich wspólnego tegorocznego debiutu, bo podczas trasy koncertowej stawiają raczej na DJ set oparty na rozmaitym materiale. Występ był jednak potwierdzeniem doskonale znanej reguły, że gdy kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Występowi brakowało jakiejkolwiek stylistycznej koherencji i konsekwencji, ale co najgorsze brakowało wyrazistych punktów, których mogła zaczepić się publika. Elektro-trapowa setlista w chwilach największej posuchy ratowana była znamiennie reggaetonem, na który publika co prawda reagowała żywiołowo, ale jak powiadają, tonący brzytwy się chwyta.

Wielką niespodzianką okazał się natomiast niedzielny występ japońskiego elektro-funk-rockowego tria Buffalo Daughter związanego przed laty z tokijskim nurtem alternatywnego popu Shibuya-kei. Przesycony pozytywną energią i nienachlną przebojowością koncert muzycznych krewniaków Stereolab w najlepszych momentach brzmiał jak japońska odpowiedź na Prince’a. Zespół skupił się przede wszystkim na nowszych fragmentach ze swojej sięgającej 1994 roku dyskografii, a reakcja publiki była niezwykle żywiołowa. Pozostałe jasne punkty tegorocznego OFF Festivalu obejmowały ponadto występ pionierów shoegaze’u Ride, którzy zaserwowali fanom fantastyczny przekrój ze swojego katalogu z lat 90. balansującego gdzieś między rytmiką Queens of the Stone Age a wrażliwością Elliotta Smitha; koncert Patti Smith z magnetyczną reinterpretacją jej debiutanckiego krążka Horses sprzed czterdziestu lat, australijski mariaż brazylijskiej samby i brytyjskiego art popu w wykonaniu Arto Lindsaya i rzecz jasna hiphopowe objawienie ostatnich lat, duet Run the Jewels. — Kurtek


Stali offowi bywalce wciąż nie doczekali się koncertu Death Grips, ale dostali niezły substytut w postaci HO99O9. Grupa z New Jersey rozgrzewała (i studziła za pomocą pistoletów na wodę) publiczność z malutkiej Dzikiej Sceny, ale patrząc na odbiór zasługiwali, by wystąpić na większym obiekcie. Ich horrorcore’owa mieszanka trapu, industrialu i punk rocka okazała się być jednym z najsilniejszych zastrzyków adrenaliny podczas całego festiwalu.

Image12

Z kolei silnym czarnomuzycznym akcentem drugiego dnia imprezy był występ King Khana i the Shrines. Ubrany głównie w pelerynę ekscentryczny artysta zaserwował prawdziwe crème de la crème funkrockowego uderzenia z nutą p-funkowej psychodelii. Gdyby nie skwar i wczesna piknikowa pora dnia, ich muzyka porwała by do tańca znacznie większą część nastawionych na szaleństwo uczestników festiwalu. Duszne popołudnie drugiego dnia Offa umilili też Ten Typ Mes ze Stasiakiem i instrumentalnym zespołem. Występ nastawiony był na promocję krążka Trzeba było zostać dresiarzem i nie sięgał zbyt daleko we wcześniejszą dyskografię — poza strzałem w dziesiątkę w postaci wykonania „Spalonych innym słońcem” z albumu 2cztery7. Był humor, była zajawka, była i kojąca moc funku — nie tylko tego z przedrostkiem „g”.

Frekwencyjny szczyt festiwalu przypadł prawdopodobnie na koncert Patti Smith, ale to Run the Jewels przypadł zaszczyt zamknięcia głównej sceny ostatniego dnia. Już po samej liczbie ustawionych pod sceną słuchaczy w czarnych i czerwonych koszulkach widać było determinację i przygotowanie na występ współczesnych władców niezależnego rapu. Killer Mike i El-P to docenili, jak i również naszą znajomość tekstów ich piosenek. Odwdzięczyli się za pomocą show sprawdzającego potęgę ich materiału w warunkach polowych, a sprawdził się ten materiał na medal. Skacząc między nagraniami z płyt Run the JewelsRTJ2 wprowadzili (nie tylko hiphopową) publikę w euforię, a trakcie której mało kto miał czas wyjąć telefon, by nagrywać i robić zdjęcia (a do posiadania selfie sticka nikt się nie przyznał). Pomiędzy utworami byli bardzo rozmowni — najpierw zachwalając polskie środki odurzające, a później powołując się na mocny przekaz Patti Smith o naprawianiu świata własnymi rękoma i walce z niesprawiedliwością (warto zauważyć, ze koncert odbył się w dokładną rocznicę śmierci Mike’a Browna w Ferguson). Jedyny moment, który na chwilę wyrwał mnie z pozytywnej hipnozy to ten, kiedy dowiedziałem się z ust El-P, że dzień wcześniej zmarł ceniony przeze mnie raper Sean Price. Ale i tak było bezbłędnie i nareszcie sobie przypomniałem, jak dobry może być rapowy koncert bez żywego zespołu, a jedynie z raperami i DJ-em na scenie. — Chojny

Komentarze

komentarzy