Recenzja: Emeli Sandé Long Live the Angels

Data: 30 listopada 2016 Autor: Komentarzy:

emeli

Emeli Sandé

Long Live the Angels (2016)

Universal Music

Emeli Sandé jest obecnie jedną z najbardziej popularnych artystek na Wyspach. Po spektakularnym triumfie jej debiutanckiego albumu, który doczekał się reedycji i wersji koncertowej nagranej w słynnym The Royal Albert Hall, wokalistka na dobre wpisała się do historii brytyjskiej muzyki. Jeśli chodzi o ilość sprzedanych egzemplarzy Our Version of Events w swoim kraju, pokonała nawet królującą wówczas na całym świecie Adele i jej krążek 21. Nieoczekiwana sława na tyle zmęczyła Emeli, że zmuszona była zrobić sobie dłuższą przerwę. W tym czasie fani z niecierpliwością czekali na drugie wydawnictwo, które ukazało się dopiero po czterech latach. Sukces pierwszej płyty zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, dlatego jej następcę czeka ciężkie zadanie.

Po wydaniu singli „Heaven” oraz „Daddy”, listy przebojów oszalały na punkcie Szkotki. Stopniowo, ale z uporem, kawałki wspinały się na szczyt, wyznaczając jednocześnie nowe standardy muzyczne. W przypadku kompozycji z Long Live the Angels jest zupełnie inaczej. Płaczliwe zwrotki i nadwyrężone refreny w „Give Me Something”, „Shakes” czy „Sweet Architect” powtarzają schemat z poprzedniej płyty i nie wnoszą żadnej świeżości do twórczości artystki. Promujący album utwór „Hurts” zapalił iskierkę nadziei, że po tak długim czasie ujrzymy nową odsłonę gwiazdy. Iskra przerodziła się szybko w płomień, gdy do sieci trafiło zaskakująco dobre „Garden” z gościnnym udziałem Jaya Electronici i Áine Zion. Dzięki oszczędnemu bitowi, delikatnym dźwiękom i spokojnemu rapowi kompozycja zdecydowanie wyróżnia się od dotychczasowych dokonań Sandé. I na tym koniec oryginalności. Większość propozycji na krążku to typowe dla artystki podniosłe, pełne dramaturgii ballady, jak promowane „Breathing Underwater”. Na uwagę zasługuje otwierające, soulowe „Selah” z delikatnym i stonowanym wokalem. Jednak podobnie, jak w przypadku Here Alicii Keys, uwagę należy zwrócić na inteligentne i pełne uczucia teksty. W końcu Brytyjka jest cenioną autorką piosenek. Pisała m.in. dla Professora Greena, Tinchy Strydera, Gabrielle oraz Leony Lewis. Na Long Live the Angels nie brakuje na szczęście energicznego drum’n’bassowego brzmienia w „High & Lows”, podobnego do tego z „Heaven” i „Next to Me”, a także przyjemnego szkockiego folku w „This Much Is True” czy „Tenderly” z gościnnym udziałem jej ojca, Joela Sandé.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Long Live the Angels dopadła klątwa drugiej płyty. Nadmiar smutnych ballad i brak oryginalności powoduje, że album jest nieco jednostajny. Jest jak podróż po nizinnych terenach Wielkiej Brytanii z ukazującymi się gdzieniegdzie szkockimi szczytami pasm górskich. Gdyby nie wspomniane wcześniej „Garden”, „Hurts” czy „High & Lows”, następcę Our Version of Events zadedykowałbym wszystkich nieszczęśliwcom, chcącym podupaść na psychice jeszcze bardziej. Artystka potrafi kreować emocje jak prawdziwy wirtuoz, ale nadmiar wyznań nieszczęśliwej w życiu kobiety może miejscami przytłaczać. Wydawnictwo zyskuje jednak przy kolejnych odsłuchach, podobnie, jak w przypadku szóstego albumu Keys. Przy lepszym poznaniu zawartości krążka słuchacz zaczyna się z nim utożsamiać, a teksty mocno zapadają w pamięć. Zachęcam więc do poświęcenia kilku wieczorów, aby Long Live the Angels nie spisać pochopnie na straty lub przedwcześnie nie odłożyć bezpowrotnie na półkę.

Komentarze

komentarzy