Recenzja: J. Cole 4 Your Eyez Only

Data: 15 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

j-cole-4-your-eyez-only

J. Cole

4 Your Eyez Only (2016)

Dreamville

Informacja o nowej płycie J. Cole’a pojawiła się zupełnie niespodziewanie, a newsy o dwóch singlach, które wyszły na kilka dni przed nią rozgrzały dużą część hip-hopowej publiczności na całym świecie. Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć, że na kolejnym krążku artysty niewiele jest nowości i dostaliśmy od niego właściwie to, czego można było się spodziewać.

4 Your Eyez Only to w pewnym sensie powtórka z rozrywki, czyli nawijki dobrego chłopaka, który po prostu opowiada o swojej drodze życiowej, a do tego trochę tradycyjnego, nieco trueschoolowego brzmienia połączonego z bardziej nowoczesną produkcją. Nie mam nic przeciwko takim rozwiązaniom, a w wydaniu J. Cole’a — szczególnie słychać to na nowej płycie — brzmią całkiem dobrze. Tym razem jednak Cole postanowił pójść nieco dalej i w produkcji zdecydował się na użycie żywych instrumentów, więc chciałoby się powiedzieć, że zyskała ona więcej przestrzeni, stała się bardziej wielowymiarowa, ale niestety pomysł nie został należycie wykorzystany. Pojawiają się między innymi żywy bas, rhodesy, gitara. Warto zwrócić też uwagę na porywającą grę smyczków, ale ogólnie można by zrealizować to bardziej wyraziście i pomysłowo. Ogólnie bity są miłe dla ucha, bujają, ale gdyby umieszczono tu część numerów z Forest Hills Drive, nikt nie zauważyłby specjalnej różnicy.

Tekstowo również nie usłyszymy od Cole’a niczego ponadprzeciętnego. Krążek jest co prawda albumem koncepcyjnym opowiadającym pewną historię i to w samo w sobie jest ciekawe, ale w oderwaniu od tego pomysłu dostajemy zestaw idealnie sformatowany pod słuchaczy „prawdziwego” hip-hopu, jak z menu w muzycznej restauracji. Przerzucasz strony na „Hip-Hop”, wybierasz „Teksty”, by ostatecznie delektować się nawijkami o tym, że prawdziwi czarni nigdy nie umierają, że czasami trzeba uciec od zgiełku i pobyć samemu, mentalnym dorastaniu i oczywiście standardowo o rozterkach damsko-męskich. Puść J. Cole’a, a jeśli pragniesz wersów z przekazem dla chłopaków, dostaniesz to, czego chcesz. Zatem mimo tego, że jest tu pewna myśl przewodnia, równie dobrze mogłoby jej nie być. Nie twierdzę, że jego teksty nie są wartościowe czy źle nawinięte, wręcz przeciwnie — jak trzeba, słychać werwę, emocje, ważne treści, ale jak na kogoś kto jest uważany za zbawiciela współczesnego rapu i kontynuatora tradycji A Tribe Called Qeust czy De La Soul, nie jest to nic, czego nie słyszeliśmy na płytach podobnych wykonawców. W pewnym sensie nowością jest to, że artystyczny arsenał Cole’a w większym stopniu został wzbogacony o partie śpiewane. Nie są może specjalnie porywające, ale wychodzą całkiem przyzwoicie jak choćby w otwierającym „From Whom the Bell Tolls”. Koniec końców 4 Your Eyez Only to przyjemna płyta, która po prostu zaznacza, że J. Cole wciąż jest obecny na scenie i robi swoje.

Komentarze

komentarzy