70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: Ray Blk Durt

Data: 6 lutego 2017 Autor: Komentarzy:

unnamed-11

Ray Blk

Durt (2016)

Self-released

Zeszłoroczne dokonania niezależnych muzyków z Wielkiej Brytanii i rozwój grime’u sprawiły, że wyspiarska scena wydaje się być teraz silniejsza niż zwykle. Jedną ze składowych tego ewenementu jest niewątpliwie raperka/piosenkarka Ray Blk, która co prawda pojawiła się nagle i znikąd, ale tak bardzo zachwyciła skromnym ilościowo materiałem Durt, że recenzenci zaczęli porównywać ją do samej Lauryn Hill. Te komentarze są pisane oczywiście na wyrost, bo z podobnymi uwagami spotkały się już zarówno Nneka, jak i Tink, ale niewątpliwie nasza bohaterka aspiruje do bycia głosem pokolenia. Pokolenia, które wychowało się w latach 90-tych i z nostalgią sięga po muzykę z początku poprzedniej dekady; mowa tutaj nie tylko o sztandarach z pogranicza R&B i hip-hopu, jak The Fugees czy TLC, ale także pop-rockowych figurach takich, jak The Cardigans czy No Doubt. Pokolenia, które wyrosło na blokowiskach, a nie strzeżonych osiedlach. Pokolenia, które (slogan to niezwykle wyświechtany, ale jednak odpowiadający rzeczywistości) przywiązanie i długotrwałe związki zamieniło na weekendowe melanże i szybki seks. I w końcu — pokolenia, któremu ostatecznie przeszkadza taki stan rzeczy, nie mogącemu zrobić wiele ponad dostosowanie się do tego nieustającego wyścigu szczurów.

Ray Blk zaczyna epkę storytellingiem „Baby Girlz” o samotnej matce Keyshii. To motyw przerobiony na wszystkie możliwe sposoby, wszędzie tam, gdzie dostrzeżemy choćby ułamek feminizmu, ale już w tym momencie wschodząca gwiazda odsłania przed nami swój talent do pisania tekstów. Z jednej strony to opowieść nieskomplikowana, wręcz wtórna do bólu; z drugiej pozbawiona jest jednak wszelkiej naiwności i infantylizmu. Nie inaczej jest w headlinerze płyty, zimnym utworze „Chill Out”, gdzie Ray Blk prezentuje się jako pretensjonalna fuckgirl, ale nie jest przy tym tak wulgarna jak Lil’ Kim czy Foxy Brown w latach świetności, a jednocześnie brak w niej buntu i spontaniczności na miarę M.I.A. Wydaje się, że raperka operuje dystansem do świata na poziomie, którego mogą pozazdrościć jej Azealia Banks czy Angel Haze. To niewzruszenie odzwierciedlone jest także w manierycznym „Gone”, słodko-gorzkim utworze o rozstaniu, które jak śpiewa Wretch 32, „nie jest pierwsze i zapewne nie ostatnie” oraz zgrabnie skrojonym neosoulowym „Hunny” z dedykacją dla wszystkich wątpiących dziewczyn. Ray Blk niezłomnie bryluje w leniwym i nieco ospałym współczesnym R&B, dalekiemu co prawda do PBR&B czy nowej fali, ale nie do końca ucieka od rodzimych trendów, czego najlepszym przykładem jest udział Stormzy’ego, naczelnego reprezentanta grime’u, w osiedlowym „My Hood”. Swobodnie płynące bity wraz z obyczajowymi anegdotkami, trwające niecałe półgodziny, kończy wymowny numer tytułowy, w którym Brytyjka po raz kolejny tłumaczy skomplikowane relacje damsko-męskie. Odnoszę wrażenie, że to wydawnictwo tak naturalne i niewymuszone, że po jego nagraniu sama zainteresowana machnęła tylko ręką, rzuciła szybkie stwierdzenie samo życie i zapewne wróciła do ławkę, do przyjaciół i rodziny. To właśnie ten brak parcia na szkło, dobra umiejętność obserwacji codziennych spraw i wysublimowane poczucie estetyki połączone z blokerskim zacięciem sprawia, że Durt hipnotyzuje nas wszystkich w tak zwyczajny, ludzki sposób.

Presja związana z dobrym przyjęciem Durt jest zapewne niczym w porównaniu z oczekiwaniami, które słuchacze stawiają Ray Blk po otrzymaniu przez nią nagrody BBC. Jednak po sprawdzeniu ostatniego fristajlu „Patience”, opowiadającego o tym, jak ważna jest edukacja, a jak zgubna może być sława, podszytego luźnym bitem, śmiem twierdzić, że ta dziewczyna absolutnie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Trzymam kciuki.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475