Recenzja: Dirty Projectors Dirty Projectors

Data: 8 marca 2017 Autor: Komentarzy:

jardin

Dirty Projectors

Dirty Projectors (2017)

Domino

Dirty Projectors od zawsze mieli z soulem wspólnego trochę więcej niż by się wydawało i trochę mniej niż by się chciało jednocześnie. Ich nowy album, pierwszy od 2012 roku, enigmatycznie zatytułowany Dirty Projectors to osadzony gdzieś w niedalekim sąsiedztwie czarnej muzyki słownikowy przykład natchnionego post-popu z prawdziwie artystycznym zacięciem.

Choć wielu ma grupie za złe, że indiepopowy fundament na nowej płycie zastąpiła alternatywnym R&B doprawionym glitchowymi loopami, elementy, które Dirty Projectors tym razem wykorzystali jako bazę, od zawsze były obecne na perfyferiach ich twórczości. Solange z ich Stillness Is the Move flirtowała jeszcze 2009 roku, gdy (wówczas jeszcze) zespół wydał przełomowy w karierze krążek Bitte Orca. Już wtedy soul stanowił ważny składnik unikalnej mieszanki gatunkowej, która wraz z oryginalnym podejściem do melodyki, stworzyła niepodrabialne brzmienie Dirty Projectors — brzmienie, które mogło poniekąd stać się jedną z inspiracji tej bardziej alternatywnej części singer/songwriterów nowej fali R&B (How to Dress Well czy Autre Ne Veut). Kolejnego kroku uczynionego w stronę tej sceny przez samych Dirty Projectors nie traktowałbym zatem ani jako próby podłączenia się pod panujące trendy, ani jako wielkiej zaskakującej przemiany — to raczej naturalny etap ewolucji ich brzmienia — coś co można było przewidzieć już kilka lat temu, ale też coś w czym doskonale im do twarzy.

David Longstreth, spiritus movens projektu, człowiek orkiestra i w 2017 roku jedyny aktywny członek Dirty Projectors, wie, jak wyjść poza schemat, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma. W dziewięciu utworach, które nie tylko sam napisał i zaaranżował, ale też odpowiada za znaczną część instrumentów, które możemy na krążku usłyszeć, traktuje R&B jako płaszczyznę do wyjścia poza klasyczną melodykę muzyki popularnej. Jego drugim sprzymierzeńcem w niełatwym zadaniu stworzenia płyty, która z jednej strony jest apologią popu, a z drugiej traktuje go wyłącznie przedmiotowo, są glitche — oswojone już przez Sufjana Stevensa, tuzów IDM-u i bubblegum bassu, tutaj zastosowane na szeroką skalę i zestawione z powykręcanymi, powtarzalnymi bitami ukradzionymi jakby ze starszych płyt Animal Collective. Pozwalają na przełamanie radiowego schematu, nawet, jeśli wszystko inne temu sprzyja, jak w singlowym „Cool Your Heart”, którego współautorką jest wspomniana już Solange, a wokalnie Longstretha wspiera w nim Dawn Richard. Oparty na pędzącym, post-tropikalnym bicie numer, gdyby nie umyślnie połamana melodia, sprawdziłby się znakomicie jako kolejny taneczny przebój w dyskografii Rihanny.

Ale siła Dirty Projectors nie ogranicza się do umiejętności przegryzania popowych schematów artystowskimi trickami — ich muzykę cechuje w dalszym ciągu nietuzinkowa wrażliwość pokrewna tej, którą usłyszeć mogliśmy u Solange, Franka Oceana, Jamesa Blake’a czy Samphy. Chociażby w otwierającym album „Keep Your Name” Longstreth serwuje porządną dawkę pierwszorzędnej melodramy, z powodzeniem oplatając prawdziwie szczery ładunek emocjonalny postpopową stylizacją. To jak u Beyoncé — trochę maskarada i kreacja, ale fundamentem całości pozostają osobiste przeżycia, które raz po raz rozdzierają stylistyczną skorupę, wypływając na wierzch i z miejsca stając się dominantą. Dirty Projectors to pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy marzą, żeby Oneothrix Point Never zaczął produkować płyty R&B, ale jednocześnie obok innowacyjnych kreacji cenią sobie dobrze skrojone popowe refreny i szczery przekaz.

Komentarze

komentarzy