Recenzja: Drake More Life

Data: 4 kwietnia 2017 Autor: Komentarzy:

Drake

More Life: A Playlist by October Firm (2017)

OVO Sound / Young Money Cash Money / Republic

Ubiegłoroczne Views pozostawiło spory niedosyt. Mimo nakręcenia ogromnego hype’u i pobicia kolejnych muzycznych rekordów, ponad 80 minut zbyt płytkiego (w stosunku do głębokich zapowiedzi), zbyt bezpiecznego materiału, który zamiast monumentalnego posągu postawionego na cześć Toronto okazał się kolosem na glinianych nogach. Niecały rok później i ukazuje się More Life. Nie album, ani mixtape. Playlista. Jak to ocenić? Jak się w ogóle za to zabrać? Ostatni taki nietypowy twór od Drake’a, If You’re Reading This It’s Too Late, został świetnie przyjęty przez krytyków i publiczność na całym świecie.

Zresztą nie bez powodu przywołuję akurat ten mixtape, bo zaraz po pięknym samplu Nai Palm, wokalistki ukochanej przez redakcję formacji Hiatus Kaiyote, dostajemy chłodne flow, solidne linijki (strzały w kiernku Lanez’a?) i potężną produkcję od Boi-1Da, zupełnie jak na IYRTITL. Jeżeli zaczynać album, to właśnie w ten sposób. Na „No Long Talk” po raz pierwszy pojawia się jedna z największych zalet tego wydawnictwa. Drake, zresztą nie po raz pierwszy, garściami czerpie z brzmień charakterystycznych dla innych zakątków świata niż jego rodzinne Toronto. W tym konkretnym kawałku duża zasługa Giggsa, wyspiarskiego rapera, który pojawia się także w „KMT”. Co najlepsze — te inspiracje brzmią dużo bardziej naturalnie niż na poprzednich płytach, zupełnie jakby Drake przestał skupiać się na tym co powiedzą jego przyjaciele i wrogowie. Zamiast tego umiejętnie łączy międzynarodowe wpływy ze swoim brzmieniem (tutaj duża zasługa sztabu 40, Olivera El-Khatib, Boi-1Da i Nineteen85 – mistrzowska konsekwencja w szlifowaniu swojego stylu), umiejętnie balansując tak, aby nie przegiąć ani w jedną, ani w drugą stronę. „Passionfruit” jeszcze bardziej rozkręca gatunkowy rollercoaster, który nie zwalnia aż do końca playlisty. Afrohouse, dancehall, afrobeat, i piękna electrosoulowa ballada od Samphy, które przewijają się przez sześć kolejnych utworów pozwalają zupełnie zapomnieć, że to rapowa płyta tylko po to, żeby zaraz wjechał potężny banger w postaci „Gyalchester” i pierwszoligowy grime od Skepty. Jest nawet flet w „Portland”, który od jakiegoś czasu ponownie robi robotę w rapie, zwłaszcza u Future’a. Punkt kulminacyjny przypada na „Teenage Fever” z klasycznym samplem z „If You Had My Love” J. Lo, gdzie zdecydowanie najwięcej Drake’a w Drake’u.

Wystarczyło uniknąć rapu o serniku i tym jednym samochodzie, który wygląda zupełnie jak Bentley, aby było całkiem przyzwoicie. Powiedzmy sobie szczerze — Drake nigdy nie aspirował do bycia najlepszym tekściarzem w grze, jego linijki zdecydowanie częściej bywały obiektem żartów niż materiałem na dziary czy koszulki. Mimo to Drake-kochanek, Drake-nieszczęśliwy-kochanek, Drake-walczący-ze-swoimi-nie-do-końca-poważnymi-problemami, Drake-raper, R&B-Drake, Drake-Drake, o ile nie sypną czymś totalnie absurdalnym, to da się ich nawet przyjemnie słuchać, a o to dokładnie w twórczości jegomościa z Toronto i jego licznych alter-ego chodzi. Wystarczyło spuścić trochę z nadętego, agresywnego tonu z Views. Zaskakuje to, że pomimo całego egocentryzmu i egoizmu naszego kochasia znalazło się tu tak wiele miejsca dla licznych gości, wśród których mamy raperów z czołówki Billboardu, jak i nazwiska i nazwy bardziej regionalne. Drake pozwala dać więcej z siebie gościom (kapitalne „Get It Together”) czy nawet zupełnie oddaje im miejsce na krążku („4422”, „Skepta Interlude”), albo to oni nadają ton kawałka (tu z kolei trzeba przywołać Thuggera, który kradnie show w „Sacrifices” i „Ice Melts” oraz wspomnianego wcześniej Giggsa). Ostatnim tak ciekawym gospodarzem na swojej płycie wydaje się ubiegłoroczny Schoolboy Q, chociaż na jego krążku zdecydowanie lepiej spisał się Kanye West.

Czyżby Drake miał wyznaczyć nowy trend? Po całej armii artystów, którzy zaczęli wydawać swoje płyty bez zapowiedzi, nadejdzie teraz fala wykonawców, którzy będą publikować playlisty swoich utworów? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że taka koncepcja u Drake’a sprawdziła się w stu procentach. Ponad osiemdziesiąt minut doszlifowanych pomysłów, nieograniczonych koncepcjami ani gatunkami, które uchylają drzwi do luksusowego, kosmopolitycznego świata. Lekkość i trochę oddechu pozwoliły osiągnąć kolejny komercyjny sukces, pobicie absurdalnych rekordów streamingowych, a co najważniejsze — tytułowe więcej życia w twórczości już nie tyle rapera, co międzynarodowej supergwiazdy. To absolutnie najlepsze co wypuścił Drake od dłuższego czasu. Skondensowana esencja twórczości ze wszystkich dotychczasowych albumów w dopracowanej formule. Więcej takich projektów, Aubrey!

Komentarze

komentarzy