Recenzja: TLC TLC

Data: 7 lipca 2017 Autor: Komentarzy:

Recenzja TLC TLC

TLC

TLC (2017)

852 Musiq

Trudno uwierzyć w to, przez ile trudów musiał przejść jeden z najlepiej sprzedających się girlsbandów świata, aby wydać nowy album. Tragiczna śmierć Lisy Lopes w 2002 roku, która była dla dziewczyn wielkim ciosem, nie pozostała bez wpływu na ich karierę — wydany jeszcze w tym samym roku album 3D niestety nie został doceniony i poległ na międzynarodowych listach przebojów. Szczęśliwie jednak T-Boz i Chilli wzięły sprawy w swoje ręce i TLC ujrzało światło dzienne. Jest to jednak pierwsze wydawnictwo w karierze zespołu, na które wpływu nie miała już Left Eye, dlatego tym bardziej poziom emocji z nim związany wzrasta, a na pozostałych członkiniach grupy spoczywa ogromna presja.

Jak stwierdziła Rozonda w jednym z ostatnich wywiadów, w dzisiejszych czasach wypuszczenie albumu, to ciężka sprawa, nawet jeśli jest się znanym girlsbandem. Przepychanki z wytwórniami, komplikacje przy tworzeniu płyty i dodatkowo choroba T-Boz, pchnęły zespół do podjęcia decyzji o nagraniu ostatniego wydawnictwa w karierze. Nie jest to na szczęście koniec samego TLC. Otwierające, oldskulowe „No Introduction” jest krótkim przypomnieniem dokonań dziewczyn, ale jak same wskazują, nie potrzebują przedstawiania się i od razu przechodzą do konkretów. Zaczynają od wspominków i pastiszu lat 90′ w przyjemnym wakacyjnym „Way Back„. Jest to również ukłon w stronę fanów i nawiązanie do rytmów początków kariery grupy. Absencja Left Eye została wypełniona udanym rapem nie kogo innego, jak Snoop Dogga. Krocząc słonecznym tropem napotykamy na „It’s Sunny„, zbudowany na samplu singla „September” bandu Earth, Wind & Fire. Kawałek idealnie wpasowuje się w wakacyjny klimat i wierzę, że stanie się hitem nie tylko na plażowych imprezach. TLC nawiązują do swoich wcześniejszych dokonań muzycznych nie tylko we wstępie. Akustyczne „Perfect Girls” można potraktować jako kontynuację „Unpretty” i wraz z „Haters” są wsparciem dla uciśnionych i nieszczęśliwych. Zresztą zespół zawsze mówił silnym głosem o ważnych sprawach, wspierając tym samym fanów i tworząc silną więź z nimi. Nie inaczej jest obecnie, gdzie dodatkowo w „American Gold„, T-Boz i Chilli zwracają uwagę na złą sytuację polityczną i społeczną Stanów Zjednoczonych, prowadzącą do śmierci wielu ludzi. Kompozycja jest tym samym najmocniejszym akcentem płyty. Jak przystało na styl girlsbandu, nie zabrakło mocno erotycznego nastroju w klubowym i nowoczesnym „Scandalous”, które pod względem tekstowym można porównać do namiętnego „Red Light Special”. Krążek zamyka nieco nostalgiczne „Joy Ride”, będące jednocześnie podziękowaniem i pożegnaniem, co tym bardziej sprawia, że niejednemu słuchaczowi zakręci się łza w oku.

Po akcji crowdfundingowej, dzięki której dziewczyny zebrały znacznie wyższą kwotę od zakładanej, fani musieli długo czekać na album TLC. Znane nazwiska jak Babyface, Jermaine Dupri, Kandi Burress, czy Shekspere, które miały być zaangażowane w nowy projekt, okazały się tylko plotkami. Jednak TLC dotrzymały słowa i stworzyły płytę nawiązującą do ich poprzednich dokonań muzycznych z gatunku hip-hopu i R&B. Wydanemu po wielu trudach krążkowi brakuje jednak przede wszystkim innowacyjności, tak charakterystycznej dla całej dyskografii zespołu i oczywiście klimatu, współtworzonego w znacznej mierze przez Lisę Lopes, którą zresztą dziewczyny po tylu latach wspominają i wciąż traktują jak siostrę. Nie da się ukryć, że wydawnictwo nie jest szczytem wodospadu Niagara, a co najwyżej — polskiego wodospadu Kamieńczyka. Nie ma efektu wow, a krążek „przelatuje” w odtwarzaczu zbyt szybko, pozostawiając pewien niedosyt. Odnoszę wrażenie, że wydawnictwo zostało wydane w pośpiechu i pod presją. Niemniej każdy fan powinien mieć tę płytę w stylu vintage na półce oraz odbyć z dziewczynami muzyczną i przede wszystkim emocjonalną podróż od rytmów z początku lat 90′ aż do współczesnych dźwięków.

Komentarze

komentarzy