Recenzja: French Montana Jungle Rules

Data: 31 lipca 2017 Autor: Komentarzy:

French Montana

Jungle Rules (2017)

Bad Boy / Epic

French Montana nigdy nie był genialnym raperem, w trakcie wieloletniej kariery nauczył się jednak idealnie pożytkować wszystkie swoje atuty. Do tych należą charakterystyczny głos i flow, świetne ucho do bitów oraz zdolność muzycznego dopasowywania się do innych artystów. Dzięki temu nagrał jeden z najbardziej solidnych debiutów ostatnich lat, Excuse My French, a także zagwarantował sobie pewną pozycję na nowojorskiej scenie. Zaplecze w postaci wytwórni Bad Boy usytuowało go jako prawowity głos nowej generacji hip-hopu ze wschodniego wybrzeża, co French wykorzystał w stu procentach. Zeszłoroczne MC4, pomimo niezłego brzmienia okazało się największą klapą wydawniczą od czasów Rebirth Lil Wayne’a. Niespełna rok po tej spektakularnej porażce French Montana wraca silniejszy niż kiedykolwiek — singiel “Unforgettable” znalazł się w pierwszej dziesiątce amerykańskiego Billboard Hot 100, a sam raper zdaje się być w swojej szczytowej kondycji.

Zasadniczą zmianę w muzyce Frencha stanowi śmiałe wejście w świat najnowszych rapowych trendów — Jungle Rules to totalne odzwierciedlenie wszystkiego, co obecnie jest na topie, w tym melodyjnego trapu i akcentów dancehallowych. Nie ma w tym nic dziwnego — Montana zawsze starał się nadążyć za tym co aktualne, będąc jednym z pierwszych raperów z NYC, którzy bez oporów nagrywali na trapowych produkcjach. Nie zabrakło również typowego dla artysty stylu wavy, który można usłyszeć w utworach z gościnnymi występami Chinxa i (free) Maxa B, oraz we wszystkich produkcjach, które na potrzeby albumu stworzył Harry Fraud. Wszystko to sprawia, że płyta jest pewną mieszanką różnych odsłon gospodarza i brzmi niesamowicie świeżo, bez topornego powielania utartych schematów.

Jeśli spojrzeć na tracklistę Jungle Rules, trudno oprzeć się wrażeniu, że krążek jest kombinacją najpopularniejszych nazwisk ze świata współczesnego hip hopu stworzoną w celu podboju playlist na serwisach streamingowych. To poniekąd prawda, French mierzy jednak trochę wyżej — usłyszymy tu sporo odniesień do wydarzeń z jego życia (rewelacyjne wejście w “Formula”) czy próby śmiałego eksperymentowania z rytmem i głosem (zmysłowe “She Workin” i najlepsze na albumie “Bring Dem Things”, które dowodzi, że wszystko, czego dotknie się Pharrell Williams, nadal zamienia się w złoto). Wśród gościnnych występów szczególnie wyróżnia się “Jump” z Travisem Scottem, który swoją charyzmą nieco przyćmił gospodarza, i “A Lie” z interesującym refrenem w wykonaniu The Weeknda. Liczba gości na Jungle Rules przypomina niektóre dokonania The Game’a i mogłaby zostać delikatnie ograniczona (czy to już reguła, że żaden album w 2017 roku nie może obejść się bez Young Thuga i Quavo?). Ale French bez większych trudności jest w stanie udźwignąć solowe numery (“Trippin”, “Too Much”).

Jak można było się spodziewać, najmocniejszą stroną płyty jest produkcja. Murda Beats, London, Detail, a przede wszystkim Harry Fraud zrobili świetną robotę. Prym wiodą mocne bangery i subtelne, taneczne kompozycje, niczym na More Life D’rake’a. Z tak pierwszorzędnymi bitami Jungle Rules nie miał prawa się nie udać. Mimo wszystko najnowsze wydawnictwo Frencha Montany cierpi na to, co dotyka wiele płyt w tym roku — przesadę. Za dużo gości, za dużo utworów, za dużo pomysłów. Z tej przyczyny, chociaż albumu słucha się przyjemnie, łatwo ulec rozmyciu ogólnego wrażenia i zmęczeniu odsłuchem.

Jungle Rules to bardzo satysfakcjonujący krążek i dowód muzycznego progresu, jaki poczynił French Montana. Nie jest idealny ani szczególnie ambitny, lecz świetnie sprawdza się jako rozrywkowy i nieangażujący album na letnie dni. Na uznanie zasługuje to, że chociaż przy takiej ilości gości, producentów i brzmień, niełatwo jest utrzymać spójną koncepcję, French stanął na wysokości zadania i zaserwował słuchaczom kompletną i różnorodną płytę, dalece wyprzedzającą konkurencję o podobnych aspiracjach.

Komentarze

komentarzy