Recenzja: Illa J Home

Data: 4 sierpnia 2017 Autor: Komentarzy:

Illa J

Home (2017)

Jakarta

Od początku kariery Illa J w jakimś stopniu nawiązuje do twórczości zmarłego brata — J Dilli, chociaż tak naprawdę szuka własnej drogi. Pierwsza płyta opierała się na rapowaniu do starszych bitów brata. Druga szła w kierunku kosmicznych, bujających brzmień. Nowa za to do pewnego stopnia oddaje hołd klasycznemu soulowi.

Już podczas pierwszego odsłuchu uwagę to, że Illa J nie jest już tylko raperem. Obecny wcześniej w jego numerach śpiew stał się pełnoprawnym środkiem artystycznego wyrazu i interesującą odmianą. Artysta radzi sobie z nim całkiem nieźle, choć nie daje powodów do zachwytu (w opiniach o płycie doszukałem się nawet porównań m. in. do falsetu Eddiego Kendricksa). Jako raper Illa J zresztą także nigdy nie porywał — nie robił wielkiego wrażenia, ale na swój sposób zapadał w pamięć. Nie inaczej jest na Home. Największymi atutami Illi są niezły głos i najzwyklejszy luz, które sprawiają, że nawet jeśli nikt nie postawi muzyka w szeregu 10 najlepszych nawijaczy, to miło się go słucha — nie jest ważne, czy Illa nawija storytelling, opisuje wrażenia po narkotycznym tripie czy rapuje o swojej matce.

Za całą produkcję na płycie odpowiada Calvin Valentine. Jego bity może nie odkrywają Ameryki, ale stanowią przyjemną oprawę do tekstów Illa J’a. Większość z nich została oparta o stare soulowe sample, kojarzące się z brzmieniem Motown. Odstęp od tego motywu dobrze słychać w „7 Mile”, które muzycznie przypomina odjechane klimaty Madliba — temat kawałka idealnie pasuje do takiego tła. Wszystko brzmi naprawdę klasycznie — w paru przypadkach żałowałem, że do choćby jednego utworu nie zaproszono J. Cole’a, który bez wątpienia świetnie dopełniłby tak skonstruowany krążek swoim flow.

Komentarze

komentarzy