„I get those goosebumps everytime…”, czyli Travis Scott w Krakowie

Data: 4 września 2017 Autor: Komentarzy:

Mogłoby się zdawać, że po tym jak na Open’erze zagrali Radiohead, Foo Fighters, The Weeknd, G-Eazy czy Aerosmith w Łodzi, a Guns’n’Roses w Gdańsku, to Polacy muzycznie są ukontentowani. Nic bardziej mylnego, bo w tegorocznym koncertowym rozkładzie jazdy w naszym kraju brakowało tylko i aż jednego występu — Travisa Scotta, młodego, przebojowego reprezentanta Teksasu, który swoją umiejętnością połączenia południowego hip-hopowego sznytu z popową charyzmą podbił serce całego rapowego półświatka. Tę przyjemność dał polskim fanom Alter Art w ramach Kraków Live Festival, rekompensując jego nieobecność z Gdyni.

Muszę przyznać, że obawiałem się trochę frekwencji na polskim koncercie i samego jego przebiegu. Polacy raczej niechętnie wykrzykują angielskie teksty, jeśli chodzi o rapowe gwiazdy. Dobrym tego przykładem był występ Maca Millera podczas Open’era. Nie dość, że pogoda nie dopisywała (deszcz lał bez przerwy jeszcze zanim rozpoczął się koncert), to ludzie, którzy dość licznie przybyli pod Main Stage nie potrafili wykrzyczeć, zdawałoby się, najpopularniejszych refrenów. W końcu raper z Pittsburgha zdenerwował się na tyle, że zakończył swój występ po około 45 minutach, schodząc ze sceny obrażony. Nie mam tu oczywiście zamiaru usprawiedliwienia zachowania Millera, a zaznaczenia jedynie mentalności Polaków na takich koncertach. Całe szczęście w Krakowie zaskoczyłem się bardzo pozytywnie.

Już od pierwszych kawałków rozgrzewki DJ-a czuć było, że szykuje się niesamowite szaleństwo. Publiczność rozgrzewana była takimi hitami jak „XO Tour Lif3”, „Humble.” Kendricka czy „Unforgettable”, a warm-up ten polegał na energicznym skakaniu i głośnym recytowaniu każdego słowa jednym tchem. To jednak był dopiero zalążek hype’u, jakiego miałem zaraz doświadczyć na własnej skórze.

Gdy Travis pojawił się na scenie, wszyscy dosłownie zwariowali. Jego imię było skandowane tak głośno, że przeszła mi przez głowę myśl o zaaplikowaniu stoperów. Szybko jednak zmieniłem zdanie wraz z początkowymi taktami spokojnego intro każdego koncertu Scotta, „The Ends”. Potem było już tylko coraz lepiej. Podczas swojego setu Travis zarapował swoje największe bangery i to w swoim szaleńczym stylu. Magia hajpu wytwarzającego się na każdym występie Teksańczyka polega na tym, że raper wydziera się do mikrofonu i otwarcie zachęca do otwierania „kół śmierci”, które po prostu oznaczają silne zderzenie i pogo. Dotychczas uważałem, że takie rzeczy można spotkać jedynie na Woodstocku, koncertach metalowych albo jakichś hardcore rapach typu Dope DOD. Byłem uprzedzony, ale Amerykanin zmienił mój pogląd na ten temat.

Aplikowanie kolejnych dawek szaleństwa szło Scottowi doskonale. Skakał na scenie tak samo jak publiczność znajdująca się kilkanaście metrów przed nim, a spiralę tęgo nakręcał jeszcze bardziej krzyk rapera do mikrofonu na odpalonym w czasie rzeczywistym auto-tunie. W końcu nastąpiła przerwa, podczas której na scenie pojawił się jeżdżący na wózku inwalidzkim Adam, wniesiony na prośbę samego gwiazdora, który pozostał na niej już do końca koncertu, a czasami wykrzykiwał teksty piosenek do mikrofonu, który podkładał mu Travis. Niespodzianką było zagranie słodko-gorzkiego „Love Galore” z płyty CTRL SZY, które uspokoiło chociaż na chwilę tłum fanów zebranych w Krakowie.

Podczas występu ludzie mogli potracić zmysły, zwłaszcza słysząc „Father Stretch My Hands, Pt.1” z repertuaru Kanye’ego, „Through the Late Night”, czyli specjalną kolaborację Scotta z jego idolem Kid Cudim, a także „Sweet Sweet”, podczas którego Travis zszedł ze sceny przytulić jedną z dziewczyn w pierwszym rzędzie. To były dobre, miłe, przyjemne momenty koncertu, aczkolwiek największą porcję energii zabrała ostatnia jego część.

Travis na swoich występach wielokrotnie wykonywał określone kawałki. Miałem nadzieję, że w Polsce również zagra kilka razy całe „Goosebumps”, natomiast na festiwalu taki scenariusz jest niemożliwy. Wynagrodził nam to za to wielokrotnym powtarzaniem refrenów „Butterfly Effect”, „Antidote” oraz właśnie „Goosebumps” i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zdarzyło się, że w przerwie pomiędzy całkowicie innymi tytułami wplatał się hook z „Efektu Motyla” i znowu wszyscy skakali jak opętani! Setlistę zamknął wcześniej wspomniany numer, który w studyjnej wersji nagrany został wraz z Kendrickiem, a podczas niego był największy ogień.

Krótko mówiąc twórczość Scotta udowadnia jego talent do pisania niezwykle chwytliwych refrenów, których energia często rozciągana jest na zwrotki, a popowa melodyjność zapewnia mu bardzo pozytywny odbiór w każdym zakątku świata. I ja, wątpiący w Polaków gbur, z radością muszę przyznać, że w 2017 roku na historycznym pierwszym koncercie Travisa Scotta dali radę! I to jak!

Komentarze

komentarzy