Recenzja: Benjamin Clementine I Tell a Fly

Data: 19 października 2017 Autor: Komentarzy:

Benjamin Clementine

I Tell a Fly (2017)

Behind/Virgin EMI

Benjamin Clementine niesie ze sobą historię, która mogłaby się świetnie sprzedać w programie z rodzaju muzycznych talent shows. Choć pewnie w takim programie, nawet grając rolę „muzyka z ulicy”, byłby zbyt manieryczny; i jeżeli przeszedłby wstępne eliminacje, to później odpadłby z jakąś nudną piosenką jako ten zbyt krnąbrny i mniej zyskogenny dla koncernów fonograficznych. Całe szczęście, że to tylko scenariusz, bo teraz Clementine tworzy utwory wybiegające poza bezpieczną strefę komfortu słuchacza.

Na At Least for Now Benjamin Clementine dał się poznać jako elokwentny muzyk z klasycystycznym zapleczem. Być może właśnie to, że mamy do czynienia z pełnokrwistym rzemieślnikiem owocuje tak niecodziennym spojrzeniem na kompozycje (jakież to podobne do Niny Simone, do której nieustannie się go porównuje). To zaplecze jest wciąż słyszalne. I Tell a Fly przywodzi na myśl głównie okres romantyzmu i baroku — tego drugiego zwłaszcza przez wzgląd na wszechobecny klawesyn. Z tym że klasyczne elementy podlegają tu dekonstrukcji; klawesyn Clementine’a raczej nie sprawi, że pomyślimy o dworskim podwieczorku przy herbatce.

Jeżeli jednak już bawić się w etykietki, to na I Tell a Fly Clementine jawi się nie tylko jako kompozytor. Teraz to również odbiorca muzyki, nasiąknięty różnorodnymi wpływami. Na najnowszym albumie na plan główny wysuwają się inspiracje drugą połową lat 60. ubiegłego wieku. Już otwierający płytę utwór „Farewell Sonata”, z początku niepozorny, rozwija się w psychodeliczną zabawę z wokalem i ze skrawkami dźwięków budzącymi skojarzenia z muzyką konkretną. Podobnie jest przez całą płytę — trochę kosmicznie, trochę psychodelicznie, nieco barokowo. Jednocześnie Clementine wciąż stara się zachować liryczną stronę. Najlepiej ta fuzja wychodzi mu na singlowym „Phantom of Aleppoville”, które nawet ze zmianami tempa, harmonii i środków wyrazu wydaje się być idealnie wycyzelowane właśnie pod odbiorców muzyki. Druga część krążka jest nieco bardziej śpiewna, choćby na nieco odstającym od całości „Jupiter” — najmniej rewolucyjnym, z McCartneyowskim frazowaniem.

Niejednokrotnie na płycie ujawnia się też błyskotliwość i poczucie humoru muzyka – czy to w nieco ironicznym „Ave Dreamer” czy w „Ode from Joyce”, który to utwór — jak chciałby tytuł — wcale nie przywodzi na myśl „Ody do radości”, ale raczej „Marsz weselny” Mendelssohna. Żartobliwy wydaje się być też neoszantowy „By the Ports of Europe”. Tego rodzaju niespodzianki i drobiazgi sprawiają, że płyta nabiera charakteru.

Benjamin puszcza do nas oko zza swojego kątomierza mówiąc „I tell a lie”, co może być odpowiedzią na zarzuty malkontentów (sam twierdzi, że tytuł jest właśnie grą słów z takim zarzutem), ale też sugestią, że jego najnowszy album to eksperyment, zabawa. I choć widać tu pewną konsekwencję, to samą płytę lepiej potraktować jako kolorowy patchwork zamiast doszukiwać się znamion spójności. Dobrze jest pamiętać, że mamy do czynienia z muzykiem, a nie z osłuchanym producentem. I Tell a Fly nie jest albumem, za którym by się tęskniło, zwłaszcza kiedy percepcji dźwięków uczyło się poza murami szkoły muzycznej — i płyta może razić co niektórych właśnie ze względu na pewną manieryczność.

Clementine przyznał, że album traktuje między innymi o poczuciu wyobcowania, którego sam doznał w pewnej mierze, w trakcie pobytu w Ameryce. Objaśnił przy tym jednak, że osamotnienie to uczucie znane nam wszystkim. Być może ten komentarz pozwoli lepiej zrozumieć zamysł towarzyszący I Tell a Fly, który momentami sprawia wrażenie mało przyjaznego albumu. Mimo wszystko przebywanie z tym krążkiem bywa całkiem przyjemnym wyobcowaniem.

Komentarze

komentarzy