Recenzja: G-Eazy Beautiful & Damned

Data: 5 stycznia 2018 Autor: Komentarzy:

G-Eazy

Beautiful & Damned (2017)

RCA Records

Przy okazji wydania More Life Drake nazwał swoje dzieło playlistą. W tamtym przypadku nawiązywało to do luźnego charakteru projektu, jego niezobowiązującej formy. Moim zdaniem na to miano zasługuje także najnowszy longplay G-Eazy’ego. Beautiful & Damned bez problemu mogłoby figurować w popularnych serwisach streamingowych pod nazwą Rap Hits of 2017.

Rok po debiutanckim These Things Happen Gerard postanowił zmienić trochę kierunek, w którym zmierzała jego twórczość. W efekcie, w 2015 roku na sklepowe półki trafiło When It’s Dark Out, gdzie raper mierzył się z mrocznymi stronami sławy i sukcesu. Projekt spotkał się raczej z mieszanymi opiniami, jednak okazał się także największym z dotychczasowych osiągnięć G-Eazy’ego. Szalejące na listach przebojów „Me, Myself & I” kilkakrotnie pokryło się platyną, można było więc spodziewać się, że reprezentant Oakland pójdzie za ciosem i będzie chciał powtórzyć ten wynik przy najbliższej okazji.

Już przy pomocy tytułu Beautiful & Damned G-Eazy sygnalizuje, że sukces ma swoją cenę. Jest to motyw przewodni albumu, który wpływa także na jego konstrukcję. Otrzymujemy więc dwie, stylistycznie odmienne części: bangerową i refleksyjną. W pierwszej raper koncentruje się na zasypywaniu słuchaczy potencjalnymi hitami różnej maści. Są więc kawałki, które wyraźnie nawiązują do „Me, Myself & I”: „Him & I”, „Sober” czy „Crash & Burn”. Swoje trzy grosze dorzucają popularni producenci Boi-1da („Pray For Me”, „No Limit”) i Murda Beatz („Gotdamn”), przywołując klimat z nagrań Drake’a czy Migosów. Znalazło się tu także miejsce dla Davida Guetty, który zaskakuje całkiem niezłą produkcją w utworze „Pick Me Up”. Ten muzyczny miszmasz broni się pod względem produkcyjnym, jednak cały wysiłek kolegów niweczy gospodarz, który przez kolejne 12 utworów żongluje banalnymi wersami o niekończących się imprezach, kobietach oraz tonach używek. Wypełniona w ten sposób połowa 70-ciominutowego albumu zlewa się w jedno.

Druga część ma ukazać szczere i refleksyjne oblicze Gerarda. Sygnalizują to przede wszystkim spokojniejsze produkcje utrzymane w popowym klimacie. Tempo płyty zwalnia, a raper postanawia odciąć się od wszystkiego, co zatruwało jego umysł. Zmiana w warstwie tekstowej jest jednak tak duża, że wiarygodność G-Eazy’ego można podać w wątpliwość. W jednej chwili raper przechodzi od wersów „Tryna fuck, shoot a text, She said <now?>, I said <yes>” („That’s A Lot”) do „Love is pain, love is risk, On the flip side, love is bliss, Honestly, let’s go for this, Take a shot, not gonna miss” („Mama Always Told Me”). Później do tego worka G-Eazy postanawia dorzucić akcent polityczny w postaci „Love Is Gone”. Odważnie rzucony tekst “So folks won’t listen if they think what I’m saying is conscious, They’d rather hear me turning up on some simpler topics” mówi sam za siebie. Niesprawiedliwym byłoby jednak nie wspomnieć o dwóch wyróżniających się kawałkach — brzmiącym dość klasycznie a jednocześnie lekko „Summer in December” oraz „Charles Brown” z gościnnymi zwrotkami Jaya Anta i E-40.

„Got that kind of style everybody try to rip off” to kolejny z wielu chybionych wersów gospodarza. Beautiful & Damned zbiera wszystkie popularne motywy współczesnego rapu, licząc na to, że każdy słuchacz w końcu znajdzie coś dla siebie. G-Eazy pragnąć trafić w gusta wszystkich, tworzy album zupełnie dla nikogo. Oto twór przypominający playlistę, która co prawda gra gdzieś w tle umila czas, jednak nie daje żadnego powodu, by nie zmienić jej przy okazji najbliższej większej premiery.

Komentarze

komentarzy