Recenzja: Rhye Blood

Data: 27 lutego 2018 Autor: Komentarzy:

Rhye

Blood (2018)

Universal Music

Niespełna pięć lat po premierze debiutanckiego Woman doczekaliśmy się kolejnego albumu od Rhye. Zmiany, które dotknęły duetu, nastąpiły lada moment po premierze debiutu, gdy producent Robin Hannibal postanowił odejść. Jakby tego było mało, jedyny członek zespołu Micheal Milosh przeżył rozstanie ze swoją żoną, która stanowiła inspirację do napisania i stworzenia Woman. Pięć lat wystarczyło jednak, żeby podjąć współpracę z muzykami, którzy pracowali wcześniej z Jhené Aiko, Kelis czy Davidem Byrne. Jak bardzo te zmiany wpłynęły na brzmienie formacji?

Fani kompletnej zmiany brzmienia, rewolucji, czy nawet ewolucji, mogą poczuć się mocno rozczarowani. Zmiany są tak subtelne i delikatne jak głos lidera projektu Milosha. Miłośników pierwszego albumu nie trzeba będzie pytać dwa razy co to za formacja, co jednak niekoniecznie okazuje się zaletą. Brzmienie jest bardziej organiczne, słychać tutaj, że mamy do czynienia z całym zespołem, a nie duetem wokalista-producent, którzy tworzą projekt podczas kilku sesji w małym studio, jak to miało miejsce w przypadku Woman. Niestety nie robi to tak piorunującego wrażenia jak podczas pierwszego odsłuchu debiutu. Słyszymy bowiem naturalną kontynuację tamtego brzmienia, która w drugiej połowie płyty zaczyna się już troszeczkę nużyć.

Otwierające album „Waste” miło przypomina nam o poprzedniej płycie, „Taste”, jeden z najlepszych momentów na płycie, jest świeże, a delikatnie pulsujące klawisze perfekcyjnie łączą się ze smyczkami. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i takich numerów, gdzie zespół brzmi kompletnie w nowej odsłonie, zdecydowanie powinno być więcej. Nieco bardziej elektroniczne „Feel Your Weight”, w którym Micheal sam sobie dogrywa chórki również pozostawia pozytywne wrażenie, świetnie komponując się z kojącym „Please”. „Count to Five” bardzo zgrabnie balansuje między alt R&B a smooth jazzem — i to kolejny utwór, do którego chce się wracać. W momencie jednak gdy rozpoczyna się nawiązujące do tytułu płyty „Blood Knows”, zaczyna ujawniać się chyba największa wada drugiej połowy płyty — brak wyrazu, bardziej konkretnej formy w pewnym momencie zaczyna przeszkadzać. Brzmienie formacji oparte jest o delikatne, ciepłe dźwięki, niemniej jednak nie powinno powodować to poczucia nieładu i bezkształtności, a takie wrażenie można odnieść, słuchając „Blood Knows” i kolejnych „Stay Safe” czy „Softly”. Lekką monotonię przerywa „Phoenix” w soft-rockowym klimatacie czy wieńczące album „Sinful”, którego sekcja instrumentalna przywodzi na myśl muzykę Woodkida. Słowa uznania po raz kolejny należą się Miloshowi, który nie przestał pracować nad swoim warsztatem wokalnym. Jego niesamowite wokalizy i ezoteryczne brzmienie głosu tworzą klimat nie do podrobienia.

Drugie już studium miłości i pożądania od Rhye niewątpliwie zyskało nową muzę, którą jest nowa kobieta Micheala. Mimo tego może się wydawać, że gdzieś to już słyszeliśmy. Choć przy Blood trudno mówić o jednoznacznym rozczarowaniu, z pewnością oczekiwania wobec projektu nie zostały w pełni zaspokojone. To w dalszym ciągu niezła płyta i warto jej posłuchać. Tymczasem prace nad kolejnym albumem już trwają, a Milosh zapewnia, że nie będziemy musieli czekać na niego przez pięć kolejnyych lat. Na ten moment musimy jednak zadowolić się Blood.

Komentarze

komentarzy