Recenzja: Ten Typ Mes Rapersampler

Data: 24 kwietnia 2018 Autor: Komentarzy:

Ten Typ Mes

Rapersampler (2018)

Alkopoligamia

Temat małych ojczyzn w polskim rapie ma się dobrze od lat. O.S.T.R. do znudzenia w swoich utworach powraca na łódzkie Bałuty. W Warszawie jedną z najsłynniejszych miejscówek jest Ursynów, o którym nawijali Pezet, Onar czy Vienio („warszawski Ursynów ta rzecz się tu dzieje”). Podobną rolę pełnił Służew w tekstach Włodiego czy Tedego. Myślę, że w stolicy znalazłoby się jeszcze kilka tego typu miejsc — czy to całych dzielnic, czy jedynie osiedli.

Wyględów, czyli część warszawskiego Mokotowa, powoli zaczyna funkcjonować na „hip-hopowej mapie”. Słuchacze rapu mogą kojarzyć ją z bastionem Alkopoligamii. Właśnie o Wyględowie nagrał płytę główny przedstawiciel Alko — Ten Typ Mes. Tyle że w przeciwieństwie do wcześniej wymienionych raperów, nie stara się on tekstami wykreować niebezpiecznego wizerunku sąsiedztwa ani zawłaszczyć prawa do dominacji na tamtym terenie. Na albumie Rapersampler wciela się raczej w rolę lokalnego flanera, który, wtapiając się w tłum, potrafi swoim bacznym okiem wyłapać każdy szczegół składający się na klimat okolicy. To odpowiednia dla niego rola, bo mówienie w skali mikro wychodzi mu nawet lepiej niż słowa w skali makro.

„Poprzednia płyta to zbiór tego, co boli, co ważne. Ta będzie zbiorem paraboli okolic doraźnych” — tak o Rapersampler mówi sam Mes. Faktycznie, widać duży przeskok tematyczny między najnowszym wydawnictwem a Ała. Tym razem raper postanowił przyjrzeć się temu, co dzieje się dookoła. Owe „parabole okolic doraźnych” to historie o bliskich mu miejscach (takich jak poczta czy stacja paliw niedaleko domu) i o ludziach z sąsiedztwa (o tym, jak potrafią zaskakiwać go swoją życzliwością). Raper, przynajmniej częściowo, dał nam odpocząć od patetyczności i narcyzmu, do których przyzwyczaił słuchaczy. Wspomnienie terapii pojawia się bodajże jednokrotnie. Mniej tu również „wielkich spraw”, o których próbował prawić na poprzedniej płycie. Tematy moralności czy religii pojawiają się raczej jako pojedyncze wersy. Mes pokazuje za to, że ma dystans do siebie — chociażby w kawałku „Zima”, w którym przyznaje, że noszony kilka lat temu kapelusz był modową porażką. Nie oznacza to jednak, że nagle staje się pokornym i skromnym szarym człowiekiem. Podkreśla walory swojego stylu i świadomie przedstawia się jako inspiracja dla młodego pokolenia muzyków. To, co urzeka w tekściarstwie Mesa, to umiejętność mieszania poetyckich linijek z wersami o zupełnie błahych czy wręcz wulgarnych kwestiach (jak choćby przymarzające zimą narządy płciowe).

Nie można jednak pozornie banalnej tematyki strony lirycznej przełożyć na cały wymiar płyty. Tym razem warto skupić się nie tylko na warstwie słownej czy na wybitnym wręcz flow Mesa, który swoimi umiejętnościami wokalnymi odstaje od polskiej hiphopowej sceny. „Nie wiem co robić z emocjami, no to wcieram je w bit” — wyjątkowość albumu Rapersampler to przede wszystkim wynik samodzielnego wyprodukowania go przez Piotra Schmidta (sam przyznał, że jedyną osobą, z którą konsultował pomysły był związany z Alkopoligamią Szogun). Wspomnianych emocji i lirycznych inspiracji Piotra tym razem możemy szukać także na poziomie brzmienia. Zaskakuje różnorodność bitów i ich źródło. Raz decyduje się na wykorzystanie południowoamerykańskiego sampla w utworze „Krzyczał na synka”, a innym razem dźwięków szuka w najbliższym otoczeniu i decyduje się użyć odgłos zasłyszany w windzie. Mes serwuje nam także nieco surowsze tony, które jednak w końcówce albumu stają się już nieco monotonne. Wśród tych „surowszych” warto wspomnieć o podkładzie do „Nie bądź ku***” — połączenie tytułowego wykrzyknienia z ostrym podkładem przywodzi na myśl Kendrickowe „Humble”.

W jaki sposób postrzegać Rapersamper w kontekście całej dyskografii Tego Typa Mesa? Na pewno jest to płyta przełomowa, właśnie dzięki samodzielnej produkcji. Tyle że przełomowa głównie dla samego Mesa, który to osiągnięcie komentuje jako pokonanie własnych barier. Należałoby to docenić z dwóch przyczyn. Po pierwsze, raper działa w zgodzie z rzuconymi kiedyś wersami o ciągłym dążeniu do niewidocznych jeszcze chorągiewek, czyli do stale wyznaczanych sobie celów. Mes od zawsze lubił w muzyce perfekcję i lekkie zadęcie — wytrwale trenuje wokal, koncerty gra z profesjonalnymi muzykami, dba o image. Szanuje się go za niechęć wobec banalności. Również w tym przypadku rozwija się, ale nie idzie znaną ścieżką newschoolu, chociaż widać, że śledzi obecne trendy. Ponadto, to, co zachwyca przy odsłuchu tej płyty to bijąca z niej radość tworzenia. Mes za sampler złapał z energią godną debiutanta. Możemy jedynie mieć nadzieję, iż ów zapał będzie służył jego kreatywności i że nadal będzie wydeptywać nowe ścieżki — zarówno na Wyględowie, jak i na polskiej scenie.

Komentarze

komentarzy