Recenzja: Leon Bridges Good Thing

Data: 10 maja 2018 Autor: Komentarzy:

Leon Bridges

Good Thing (2018)

Columbia

Na drugiej płycie Good Thing Leon Bridges nie dał się zapędzić w kozi róg. Trzy lata po szeroko dyskutowanym Coming Home wskrzeszającym ducha klasycznych nagrań Sama Cooke’a i Otisa Reddinga Bridges wie doskonale, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dobór najnowszego repertuaru nie jest już kwestią młodzieńczej fascynacji, ale artystycznych poszukiwań i wrażliwości, której piosenkarzowi nie można było odmówić od samego początku kariery.

Good Thing to co prawda nie zachowawcza, ale też nie do końca przemyślana kontynuacja Coming Homing. Co prawda Bridges trzyma zdrowy dystans od klasycznego Motown, jednocześnie nie negując swoich retrosoulowych początków, ale jego nowe kompozycje to materiał na dwie różne plejlisty z niewieloma punktami wspólnymi. Z jednej strony to całkiem zgrabnie skrojona metasoulowa płyta czerpiąca z bogatej historii czarnej muzyki — od inspiracji tradycyjnym rhythm & bluesem, przez smooth soul z filadelfijskim rodowodem („Bet Ain’t Worth the Hand”), połamany, ale ochrzczony funkiem nu jazz („Lions”), aż po soczysty neo-soul („Shy”). Z drugiej natomiast — Good Thing jest zaskakująco w porównaniu do debiutu Bridgesa roztańczone — singlowe „Bad Bad News” łączące twórczo pełnokrwisty jazzowy sznyt i okołohouse’owy bit to jedynie wstęp do tanecznej inkarnacji Bridgesa, który w najbardziej neodyskotekowych momentach krążka („Forgive You”, „If It Feels Good (Then It Must Be)”, „You Don’t Know”) brzmi trochę jak oldschoolowy brat elektropopowego Ushera. Nie tylko ze względu na barwę głosu, ale i dość nowoczesny sposób, w jaki, mimo momentami stylizowanych aranży, napisano te melodie. Nie są to zresztą ani jego najlepsze refreny, ani najlepsze aranże. Z parkietowego Bridgesa broni się wyłącznie „Bad Bad News”. Good Thing potwierdza, że dużo lepiej piosenakarz odnajduje się w downbeatowym repertuarze — na trackliście bryluje zwłaszcza w „Shy”, zbudowanym wokół wyrazistego bitu w klimacie Salaama Remiego, i „Lions” bratającym z nowymi brzmieniami smoothjazzowy soul rodem z debiutu D’Angelo.

Koniec końców to całkiem zgrabnie i kompaktowo skrojona płyta, której słucha się przyjemnie, ale też 10 niezbyt pomysłowo zestawionych ze sobą utworów eksplorujących zupełnie różne tematy i stylistyki — raczej zbiór piosenek niż album muzyczny. Niemniej Bridges nie stoi w miejscu. Good Thing to bez wątpienia rezultat naturalnej ewolucji brzmienia — nie klątwa drugiej płyty, ale przystanek pośredni między artystą imitującym a artystą dojrzałym.

Komentarze

komentarzy