Recenzja: Tinashe Joyride

Data: 14 maja 2018 Autor: Komentarzy:

Tinashe

Joyride (2018)

RCA / Sony Music

Na Joyride fani Tinashe czekali od 2015 roku, gdy tytuł ten pojawił się w mediach po raz pierwszy. W międzyczasie wokalistka wydawała niealbumowe single, próbując utrzymać swoje nazwisko na ustach wszystkich między innymi poprzez współpracę z Chrisem Brownem, wydając supersłodkie „Superlove”, a nawet sięgając po banalne popowe rozwiązania we „Flame”. Wtedy też piosenkarka miała zauważalne problemy z wytwórnią, która postawiła na intensywną promocję Zayna Malika. We frustracji Tinashe doprowadziła do wycieku niektórych utworów, w tym „Party Favors” i wydała bardzo dobry mixtape Nightride.

Na swoim drugim oficjalnym długogrającym wydawnictwie Tinashe przedstawia całe spektrum gatunków — przechodzi z trapu przez R&B i neo-soul, muzykę taneczną, nową szkołę, aż do delikatnych ballad, jak na przykład zamykające tracklistę „Fires and Flames”, któremu towarzyszy akompaniament jedynie smyczków i fortepianu. To zróżnicowanie wynika ze zdania 25-latki, że nie chce być w żaden sposób szufladkowana. Warto zwrócić uwagę, że u Kachingwe zawsze musi się znaleźć miejsce na jej awangardowe podejście. Idealnym tego przykładem jest tytułowy utwór, który pierwotnie sprzedano Rihannie, by trafił na ANTI. Tinashe finalnie „Joyride” odkupiła i zaczarowała w swój charakterystyczny sposób. Innym ciekawym momentem jest „Ooh La La”, w którym wykorzystano sampel z „Dilemmy” Nelly’ego, a klimat tworzy dźwięk skrzypiącego łóżka. Innym highlightem jest wynik współpracy z grupą Little Dragon — „Stuck With Me” — tropikalnie brzmiąca produkcja, która nastawia na lato i zawiera kojące wokale Yukimi Nagano. Dziewczyny zdecydowanie do siebie pasują. Grzechem byłoby nie wspomnieć o „Salt” — numerze, w którym słychać najlepiej, że Tinashe trenowała swój głos. To piosenka całkowicie w jej stylu, przywodząca na myśl „Bet” z debiutanckiej płyty.

Single, które zostały wybrane do promocji Joyride, to typowa pożywka dla stacji radiowych. Nie są to numery wysokich lotów, można natomiast zrozumieć wybór wytwórni — „No Drama” z gościnną zwrotką Offseta to idealna trapowa nuta na imprezę, podczas gdy „Me So Bad” ma być oblanym westcoastowym i dancehall’owym vibe’em, tanecznym hymnem wakacji. Ostatni z singli, „Faded Love” nagrany z Future’em to najlepsza z trzech wymienionych pozycji. Tinashe idealnie radzi sobie w intymnym, niemalże erotycznym klimacie, co podkreśla wyważona produkcja duetu Stargate.

Pomimo nieustających problemów związanych z wydaniem Joyride, to całkiem spójna i udana płyta. Przy tak mainstreamowym charakterze Kachingwe, czy raczej wizerunku narzuconym jej przez wytwórnię, nie należy się spodziewać się po niej, że będzie wyznaczać nowe trendy. Na swoim drugim albumie Tinashe ma wyraźnie większą kontrolę nad swoim wokalem, ale artystycznie nadal czegoś jej brakuje. Być może ma wizję tego, co chce osiągnąć swoją muzyką, ale albo rynek nie jest na to gotowy, albo ona sama nie potrafi tego w pełni jeszcze wyartykułować. Trudno obserwować karierę tak utalentowanej dziewczyny, która powinna sprawnie rozkwitać, gdy w rzeczywistości toczy się z trudem i bardzo powoli.

Komentarze

komentarzy