Recenzja: Tinashe Nightride

Data: 12 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

tinashe-nightride

Tinashe

Nightride (2016)

RCA Records/Sony Music Entertainment

Tinashe od wydania swojej debiutanckiej płyty okrążyła cały świat, a przy tym spotkała się z nami na krótką rozmowę po koncercie w Berlinie, stwierdzając, że R&B ma przed sobą jeszcze długą drogę na szczyty list przebojów. Jak się okazało miała rację, bo Weeknd listy przebojów podbija teraz popowymi produkcjami. W dzisiejszych czasach niestety prawdziwe R&B jest gatunkiem raczej niszowym w obliczu rządzącego hip hopu, EDM-u i popu. Idealnym na to przykładem jest nowe wydawnictwo piosenkarki pochodzącej z Los Angeles.

Kachingwe stworzyła bańkę, w której żyje kobieta niezależna, odważna, a przede wszystkim wolna. Na tej wolności opiera się liryka Nightride, a produkcje, choć tworzone przez różne nazwiska, zostały dopasowane do stylu Tinashe — klimatycznie są mgliste, brzmieniowo przestrzenne, a do tego charakterystycznie kojące (z wyjątkiem „Sacrifices” i „Ride of Your Life”). 23-letnia wokalistka potrafi świetnie łączyć nowoczesne R&B z trapem, czego efektem są potencjalne hity, jak wcześniej wspomniane „Ride of Your Life”. Dobrze radzi sobie także w popie, czego doświadczyliśmy przy okazji debiutanckiego krążka — „2 On” i „All Hands on Deck” spełniły swoją rolę idealnie, gwarantując Amerykance sporo radiowego czasu antenowego. Na Nightride taką popową propozycją jest singiel „Company”, jedyny bezchmurny numer na krążku, stworzony przez The-Dreama. Reszta piosenek jest nastrojowa i przypomina pierwsze mixtape’y młodej Kachingwe. Najbardziej zmysłowe i czarujące kawałki to otwierające płytę „Lucid Dreaming” i „C’est La Vie”, lecz skłamałbym, gdybym stwierdził, że reszta numerów od tego klimatu odstaje. Całość jest cienista i spójna. Cieszy, że producenci współpracujący z Tinashe nad tym krążkiem uwierzyli w jej wizję i podzielili ją razem z młodą gwiazdą. Najnowsze dzieło autorki Aquarius to więc poza paroma wyjątkami naładowana perfekcyjnymi balladami i pościelówkami playlista do podróży pustymi przestworzami, do zmysłowego tańca w zaciemnionym klubie lub udanej interakcji damsko-męskiej w sypialni.

Wielokrotne przekładanie premiery drugiego albumu Tinashe zaowocowało powstaniem podwójnego albumu Nightride/Joyride, którego część pierwsza rządzi się swoimi prawami, a sequel należeć będzie do mainstreamu. Dzięki takiemu rozwojowi spraw otrzymaliśmy zatem surową, oryginalną i tajemniczą Tinashe, jaka znana nam jest od kilku lat. Bardzo dobre wydawnictwo.

Komentarze

komentarzy