Recenzja: Tinashe Aquarius

Data: 7 października 2014 Autor: Komentarzy:

Tinashe-Aquarius

Tinashe

Aquarius (2014)

RCA Records

Długo chyba czekaliśmy (my jako słuchacze; melomani) na kogoś, kto uraczy nas takimi emocjami jak Aaliyah, ryknie niczym Whitney Houston czy poszepcze do ucha jak Janet Jackson. Na kogoś, kto pomimo tego, że powiela stworzone już wcześniej „schematy”, robi to na swój uwodzicielski, unikalny, a przede wszystkim świeży sposób. Taką osobą jest moja rówieśniczka, Tinashe. Po poprzedzających pierwszy album mikstejpach, można było spodziewać się, że jej debiut w majorsie będzie nie dość, że ciekawy, to nawet dobry albo i lepiej. Czy Tinashe spełniła moje oczekiwania?

Na krążku znajduje się 12 utworów (nie licząc uzupełniaczy), wśród których nie znajdziecie pozycji słabej. Znaczna większość kawałków utrzymana jest w prawie, że erotycznym klimacie. Kachingwe uwodzi swoimi wokalizami już od pierwszych nut otwierającego tracklistę „Aquarius”. Dalej wędrujemy po sypialni, drogą usłaną takimi perłami jak „Bet” z Devonte Hynes’em, którego solo gitarowe na końcu piosenki jest rzeczą, która nie zdarza się zbyt często (udzielanie się na, umówmy się, mainstreamowych wydawnictwach). Innymi numerami, które można zaliczyć do tej samej kategorii co „Bet” są „Feels Like Vegas” produkcji Stargate(!) czy „Cold Sweat” od Boi-1da. Bardziej emocjonalne podejście artystka zastosowała w „Bated Birth” (piękne pianino oraz syntezatory w outro), „Pretend” oraz we wpadającym w ucho „How Many Times”, gdzie mowa już dosadnie jest o łóżku (tutaj francuskie intro pasuje idealnie do tematu utworu). W sprawie występów gościnnych — wszystkim znane „2 On” ze Schoolboyem ukazało światu postać Tinashe i właśnie ten międzynarodowy rozgłos mam nadzieję, że jeszcze bardziej się poszerzy przy kolejnych nagraniach. Zwrotka A$AP Rocky’ego w „Pretend” ani również pomyłka, którą jest pojawienie się Future’a we wcześniej wspomnianym „How Many Times” nie są w stanie stłumić gospodyni utworu, co w tego typu kolaboracjach ma miejsce stosunkowo często. Uważam, że to właściwie dobrze, że żaden z gościnnych wersów nie jest w stanie „zagłuszyć” głosu Kachingwe. To właśnie ta 21-letnia dziewczyna jest najjaśniej świecącym elementem swoich piosenek, a wspomniana umiejętność utrzymywania uwagi słuchacza przy sobie jest dziś w sumie rzadka. Wszystkie produkcje na albumie są bardziej minimalistyczne, aniżeli instrumentalnie rozbudowane. Górują elektroniczne werble. Muzycy pracujący nad Aquarius skupili się na utrzymaniu konkretnego klimatu, którym płyta będzie mogła się wyróżniać i za to można przyznać im medal. Cały album brzmi jak jedna spójna całość, czyli coś, czego brakowało na przykład ostatnio u Chrisa Browna. Co prawda na mikstejpach Black Water czy Reverie mieliśmy do czynienia z nieco innym typem materiału, to jednak Tinashe udało się przenieść bardzo dużo ze swojej wcześniejszej twórczości. Doskonałe są także hipnotyzujące przejścia wokalne jak to w „Bet” pomiędzy końcem części śpiewanej a gitarą Hynes’a.

Aquarius to album mainstreamowy, wydany w wielkiej wytwórni płytowej, co też rządzi się swoimi prawami — niektóre aspekty twórczości pochodzącej z Los Angeles wokalistki musiały nabrać nieco innego kształtu. Mamy tu do czynienia z bardziej pop-soulem niż dotychczasowym mrocznym PBR&B, co nie oznacza jednak, że takowy miejscami na wydawnictwie nie występuje. Album jest bardzo ładnie zaśpiewany, nawet lepiej niż się tego spodziewałem, więc pod względem wokalu jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Seksowna Kachingwe nie tylko fizycznie, ale również artystycznie, inspiruje się najlepszymi kobietami ze świata soulu/R&B i to wychodzi jej doskonale patrząc, a raczej słuchając efektów końcowych jej ciężkiej pracy. Krążek ten nie jest przełomem w muzyce, który zapamiętamy na dekady, ale jednak jest to materiał bardzo dobry. Odpowiadając na zadane we wstępie pytanie, TAK. Tinashe, jesteś doskonała. Oby tak dalej.

Komentarze

komentarzy