Recenzja: Drake Scorpion

Data: 9 lipca 2018 Autor: Komentarzy:

scorpion recenzja

Drake

Scorpion (2018)

Young Money & Cash Money & Republic

Drake to jeden z tych artystów, o których trudno jest powiedzieć coś nowego. Ponad 10 lat na scenie, 5 solowych albumów, światowy sukces — wszystko to powoduje olbrzymią presję. Scorpion miało być kolejną wielką wygraną rapera, komercyjnym triumfem, nowym pucharem do imponującej kolekcji. Miało, bo tuż przed premierą szyki OVO popsuł Pusha T — nie tylko rzucając nowe światło na personę Drizzy’ego, ale przede wszystkim wręczając odbiorcom poważny argument do podważenia jego autentyczności. Konflikt na linii dwóch czołowych hip-hopowych ekip narzucił pewien pryzmat oceny najnowszego projektu kanadyjskiego rapera. Wszelkie skrajności pozycjonujące go jako najlepszy czy też najgorszy w całej jego dyskografii nijak mają się do rzeczywistości. Scorpion zasługuje na uczciwy i obiektywny osąd.

Nie będzie to osąd łatwy — szósty krążek Drake’a okazał się bowiem dwupłytowym, kolosalnym wydawnictwem. Wedle wcześniejszych doniesień z otoczenia rapera, pierwsza płyta miała być bardziej rapowa, druga natomiast melodyjna — w praktyce podział ten jednak nie jest tak ewidentny. Pierwszą część otwiera wyprodukowane przez No I.D. i Noah „40” Shebiba „Survival”, które w porównaniu z wcześniejszymi intrami rapera wypada niezwykle rozczarowująco. Powolny, spokojny i nieco wyblakły podkład nie angażuje słuchacza, mimo absurdalnie narcystycznych wizji Drake’a w stylu „My Mount Rushmore is me with four different expressions”. Złe wrażenie zacierają trzy kolejne propozycje, w tym mocarne, okraszone ciężkim bassem i chwytliwym refrenem „Nonstop” i żywcem wyjęte z Nothing Was the Same „Emotionless” oparte na samplu Marii Carey i gospelowych akcentach. To także pierwszy numer, w którym Drake odnosi się do kontrowersji związanych ze swoim niedawno narodzonym synem — „I wasn’t hidin’ my kid from the world, I was hidin’ the world from my kid” — puentuje, budując nieco naiwną i płytką wizję świata.

Osobistych momentów i wyznań na Scorpion nie ma jednak wiele. Ustępują one pewnej misyjności i poczuciu namaszczenia, którym raper daje upust na takich utworach jak „Elevate” czy singlowym „God’s Plan” — mimo że to solidne propozycje, trudno zignorować egocentryzm i wyalienowanie im towarzyszące. Perłą pierwszego krążka jest charyzmatyczne i optymistyczne „8 Out of 10”, w którym Drake nie tylko serwuje świetne zwrotki, lecz także porywa słuchacza humorystycznym refrenem. Podobnym szlakiem podąża efekt współpracy z DJ-em Premierem — „Sandra’s Rose”, błyskotliwa konfrontacja ze sławą oraz pełna elegancji oda do mamy. Z drugiej strony, pierwsza część płyty to również opasłe trapowe kompozycje, przypominające brzmienie More Life, jak na przykład zachowawcze i monotonne „I’m Upset”, ale też mordercze “Talk Up” z gościnnym udziałem Jaya-Z i samplem z „Dope Boys” N.W.A. na mrocznym podkładzie DJ-a Paula.

Drugi krążek przynosi z początku całkowitą zmianę klimatu w postaci melodyjnych „Peak” i „Summer Games”, które „40” oprawił w żywe syntezatory i elektroniczne akcenty, nadając brzmieniu rodem z Views nowy smak i świeżość. Emocjonalna tematyka ze smutnej i nostalgicznej szybko jednak zamienia się w radość w zaskakująco odważnym „Nice for What” (po raz kolejny perfekcyjne wykorzystanie sampla, tym razem z „Ex-Factor” Lauryn Hill) i groteskowym „Ratchet Happy Birthday”, które obok „In My Feelings” pretenduje do miana najbardziej memicznego utworu na płycie. Koniec końców to dwa kolejne całkiem pomysłowe i przyjemne dla ucha utwory z udanym wykonaniem wokalnym Drake’a.

Gdzieś pomiędzy, trochę na siłę, wsadzone są generyczne, trapowe „Blue Tint” czy senne „That’s How You Feel”, w niezrozumiały sposób wykorzystujące fragment koncertu Nicki Minaj. Równie wymuszony wydaje się potencjalny strzał w dziesiątkę, czyli „Don’t Matter to Me” z gościnnym udziałem Michaela Jacksona (a właściwie krótkiego fragmentu jednego z jego archiwalnych nagrań). Podobnie jak w przypadku krótkiej zwrotki Pimpa C wykorzystanej na Views, Drake po raz kolejny nie jest w stanie dopasować nagrania do całego numeru, co przynosi dziwny, niepełny efekt. Znacznie lepiej pod tym względem prezentuje się „After Dark”, gdzie tuż obok gospodarza i Ty Dolla Signa pojawia się Static Major. Nierówne doświadczenie wieńczy, jak zwykle, bardzo hip-hopowy numer „March 14” — jedyne na płycie szczere i przekonujące zmierzenie się z sytuacją w życiu prywatnym gwiazdy z Toronto, dodatkowo wykończone pierwszorzędnym śpiewem.

Tak też kończy się wielgachny i przydługi Scorpion — płyta cierpiąca przede wszystkim na brak konkretnego kierunku, w którym podążałaby brzmieniowo, za to obfitująca w przerost formy nad treścią i zasadniczy brak nowości ze strony samego autora. Nie ma tu żadnych eksperymentów z muzyką dancehall czy brytyjskim rapem, żadnych nadzwyczaj porywających hymnów jak na If You’re Reading This It’s Too Late, nie ma nawet porządnych ballad R&B do eks-dziewczyn. Jest za to doskonała refleksja Drake’a w obecnej sytuacji — zmęczonego swoim globalnym sukcesem, osamotnionego, próbującego zmierzyć się z olbrzymią presją. Nadmierna krytyka Scorpiona wydaje się pozbawiona sensu — bo czy jest sens krytykować Drake’a za to, że jest Drakiem? Niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź, trzeba zaznaczyć, że pomimo wielu udanych momentów i, ogólnie rzecz biorąc, wcale nie złego doświadczenia, szósty album Drake’a jest ostatecznym znakiem, że raper potrzebuje diametralnej zmiany kursu na każdej płaszczyźnie swojej twórczości.

Komentarze

komentarzy