Recenzja: Nao Saturn

Data: 8 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Recenzja Nao Saturn

Nao

Saturn (2018)

Little Tokyo Recordings

Nao pewnym krokiem weszła na scenę muzyczną dzięki swojemu debiutanckiemu albumowi. Znalazła własną niszę, wypełniła ją i przez długi czas nie ustępowała nikomu miejsca. Charakterystyczne syntezatorowe brzmienie potrafiła wpleść w dźwięki współczesnego R&B, jazzu, czy soulu. Chwilę zajęło jej stworzenie drugiego krążka Saturn, który w zdecydowany sposób dokumentuje kwestie związków, sprawy zawodowe i rzeczy, których żałuje. Wykorzystała do tego koncept powracającego co 29 lat Saturna. Będąc w wieku około orbitalnym, wielkie rzeczy dzieją się w życiu. Przychodzi czas na zmiany i wejście w okres dojrzewania. Nao zabiera więc słuchacza w emocjonalną podróż po pierścieniach jej życiowego doświadczenia.

Otwierające „Another Lifetime” płynnie przechodzi z debiutu do nowego klimatu panującego na Saturnie, tworząc gatunkowy syntsoulowy tunel. Później Nao zmienia brzmienie na pop i taneczny afrobeat („If You Ever”, „Drive and Disconnect”). Po drodze zahacza o delikatną balladę „Saturn”, z gościnnym udziałem jej długoletniego kolegi Kwabsa, który również udzielał się na For All We Know. Sięga również po nieco weselne brzmienie w „Don’t Change”, podobne do tego od Rihanny w „Love On the Brain”, a „Yellow of the Sun” przyprawia szczyptą disco. Szeroki wachlarz dźwięków czyni Saturn płytą nierówną i mniej spójną od pierwszego albumu. Na For All We Know, pomimo że kawałki mogły sprawiać wrażenie podobnych do siebie, różniły się aranżacyjnie i produkcyjnie. Na Saturnie pozorna rozbieżność kompozycji sprawia, że krążek staje się jednostajny i niestety kolejne odsłuchy tego nie zmieniają. Nie jest jednak tak, że nie pozostawiam na Saturnie suchej nitki. Hajlajtami płyty są kompozycja „Gabriel”, którą można uznać za kopię „Trophy” z For All We Know, z fantastycznym echo wokalem, gitarowymi riffami i zdecydowanym electro bitem, a także kawałek „Curiosity”, z uwodzicielską i wpadającą w ucho, ale nie tandetną melodią. Na najwyższą uwagę zasługują przede wszystkim bardzo osobiste teksty napisane przez artystkę, ukazujące ciężką drogę, jaką musiała pokonać zarówno w życiu prywatnym, jak i osobistym.

Nao zatraciła po części swoją muzyczną tożsamość. Album wyprodukowany jest solidnie, ale odejście od charakterystycznej mieszanki współczesnego R&B i electro soulu na rzecz popu i chwytliwych melodii sprawiło, że główną cechą wyróżniającą Saturn od innych tego typu wydawnictw jest delikatny dziecięcy wokal artystki. Nao padła niestety ofiarą klątwy drugiej płyty. Nie sprostała zadaniu i uległa presji stworzenia wydawnictwa przyjaznego dla ucha przede wszystkim amerykańskiego słuchacza. Zresztą, management ruszył z dużą promocją krążka w USA, wyświetlając wizerunek Nao i okładkę płyty na bilbordach na nowojorskim Times Square.

Artystka straciła nieco świeżości i oryginalności, które z dumą prezentowała na For All We Know. Jej drugi album zadebiutował dopiero na 56 miejscu UK Albums Chart, podczas gdy pierwszy zagościł na pozycji siedemnastej. I nie rozchodzi się tu nawet o zdobywanie list przebojów. W obecnych czasach, w których słuchacz ma dostęp do szerokiego katalogu utworów, nie chce słuchać kolejnych podobnie brzmiących kompozycji, tylko poszukuje wyróżniających się inteligentnych melodii. Nie twierdzę, że Nao całkowicie poszła w śmieciową muzykę, ale otworzyła furtkę do niebezpiecznego dla niej świata. Nie pomaga nawet idea Saturna, na której artystka oparła koncepcję płyty. Saturn przy pierwszym odsłuchu może wydać się niezwykle ciekawy, ale z każdym kolejnym jego blask blednie. Krążek ugrzązł gdzieś pomiędzy tanecznymi kompozycjami DJ’ów a chwytającymi za serce balladami. Z pewnością znajdzie się w mojej płytotece, ale częściej będę sięgał po For All We Know z sentymentem i nadzieją na podobnie nowatorski trzeci album.

Komentarze

komentarzy