Recenzja: James Blake Assume Form

Data: 6 lutego 2019 Autor: Komentarzy:

James Blake

Assume Form (2019)

Polydor

Nie ma ucieczki przed formą, jak tylko w inną formę, a James Blake robi to wyjątkowo zręcznie. Przekładając mainstreamowe akcenty na swój introwertyczny język, na Assume Form wyłącznie rozwija i precyzuje wypracowany przez siebie awangardowy, post-dubstepowy styl.

Czwarty album Blake’a jest znacznie mniej eksperymentalny niż chaotyczny The Colour in Anything. Skupiony, niezwykle poruszający i uciekający od popowych schematów stanowi niewinny romans z trapem na tle ciepłych elektronicznych pejzaży. James odnajduje na nim kompromis między dotychczas surową brzmieniowo uczuciowością a swobodą i ciepłem z okolic alt R&B. Efekt jest niewymuszony podobnie jak sposób, w jaki wyraża swoje odczucia. Assume Form obnaża emocje i opisuje wrażenia związane z wchodzeniem w romantyczną relację oraz funkcjonowaniem w niej. Blake porusza wiele związanych z tym aspektów i traktuje o swoich własnych doświadczeniach. I will assume form / I’ll leave the ether — oznajmia w tytułowym utworze, wprowadzając w oniryczny i — bodaj po raz pierwszy w swojej twórczości — niedepresyjny nastrój. Z towarzyszącymi mu demonami poradził sobie, jak przyznaje w „Power On”, przede wszystkim dzięki swojej obecnej partnerce — I thought I might be better dead, but I was wrong / I thought everything could fade, but I was wrong / I thought I’d never find my place, but I was wrong. Wydaje się, że nad całym tym wszechogarniającym spektrum impresji, odnosząc się do wyżej wspomnianego The Colour in Anything — również tych muzycznych, posiadł nareszcie niejaką kontrolę.

Wyprodukowane przez Metro Boomina „Mile High” i „Tell Them” są przykładem tego, w jaki sposób Blake potrafi interpretować popularne tendencje, sięgając przy tym przede wszystkim po czarne brzmienia. Pierwszy, z udziałem Travisa Scotta, nienachalnie eksponuje traprapowy minimalizm, a w neo-soulowym „Tell Them” Moses Sumney z kolei uwodzi swoim zmysłowym falsetem. Świadomie przyjęta współczesna forma dźwiękowa jest naturalnym następstwem ostatniej twórczej pracy artysty. Brytyjczyk pojawiał się na najgłośniejszych wydawnictwach minionych trzech lat i stał się jedną z ważniejszych postaci na światowej scenie — jego produkcje znalazły się m.in. na albumach Beyoncé, Franka Oceana, Kendricka Lamara, Jay’a-Z czy wspomnianego już Travisa Scotta, co bynajmniej nie zmieniło kierunku, który obrał na początku swojej kariery. Wykorzystując potencjał zręcznie dobranych współpracowników we własnej koncepcji, osiąga na Assume Form niezależną, spójną całość. Z tej sennej beztroski, jaką wydaje się Assume Form wyrywa się jedynie na chwilę. „Where’s the Catch?”, którego centralnym punktem staje się popisowa zwrotka André 3000 i rozpaczliwie powtarzane There must be a catch jest przełomowym momentem na płycie. Wśród pięknych, płynących ballad, które w końcu ustępują miejsca spokojnemu outro w postaci „Lullaby for My Insomniac”, zaskakuje chwilowa niepewność i dziwny niepokój.

Komentarze

komentarzy