james blake

Nowy teledysk: Travis Scott „Stop Trying To Be God”

Jeden z najlepszych numerów z wydanego przed kilkoma dniami Astroworld doczekał się klipu i to nie byle jakiego. Teledysk do „Stop Trying To Be God” został zrealizowany z rozmachem i chyba wszyscy zgodzą się, że pokazuje Travisa od strony do tej pory nieznanej. Obraz dosyć swobodnie nawiązuje do biblijnych wydarzeń, co czyni go równie zabawnym co mrocznym. Gościnnie na planie pojawili się James Blake, a także dziewczyna Scotta, czyli Kylie Jenner. Zdecydowanie jest to rzecz warta sprawdzenia.

Nowy utwór: James Blake „Don’t Miss It”

Termin FOMO określa ciągłe poczucie, że coś nas omija i coś przegapiamy, składając się na bardzo aktualną konkluzję na temat uzależnienia od mediów społecznościowych i poczucia, że bez nich nie istniejemy. Najnowsza propozycja Jamesa Blake’a „Don’t Miss It” najlepiej oddaje ten popularny termin. Blake w warstwie tekstowej minimalistycznego utworu rozwija pojęcie cykliczności natrętnych myśli. Wibrujący wokal Brytyjczyka otulają dźwięki pianina i zamglone elektroniczne brzmienie produkcji, za którą odpowiada Dominic Maker z Mount Kimbie. W operowych wstawkach wokalnych i melancholijnym klimacie tkwi coś z dokonań Radiohead, tworząc idealną balladę na samotny niedzielny wieczór. „Don’t Miss It” to kolejny po „Vincent” i „If the Car Beside You Moves Ahead” singiel z oczekiwanego nowego albumu muzyka.

James Blake, Sufjan Stevens remiksują Mosesa Sumneya na nowej epce

„Make Out in My Car”, ulubiona piosenka matki Mosesa Sumneya w katalogu jej syna, dostała w tym tygodniu drugie życie. A nawet trzecie, czwarte i piąte. Poza upublicznioną przed trzema dniami rozszerzoną wersją nagrania na wydanej właśnie czteroutworowej epce Make Out in My Car (Chameleon Suite) znalazły się także trzy remiksy i to nie byle jakie. Na swój sposób Sumneya zdekonstruowali James Blake, Sufjan Stevens i Alex Isley. Posłuchajcie, co z tego wyszło, poniżej, a jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z zeszłorocznym debiutem Sumneya, powtórzę jak mantrę, że warto.

Dwa nowe utwory od André 3000

W Polsce Dzień Matki będziemy obchodzić za nieco ponad tydzień, w Stanach natomiast miało to miejsce już dwa dni temu. Jak się okazuje, wdzięczność i uznanie dla Pań można okazywać na wiele sposobów, na co dowodem jest, chociażby wysyp kawałków wypuszczonych właśnie z tej okazji. Chyba największym zaskoczeniem okazały się dwa premierowe utwory od André 3000. Członek OutKast połączył siły z Jamesem Blake’em, wskutek czego powstał 17-minutowy instrumentalny utwór „Look Ma No Hands” oraz „Me&My (To Bury Your Parents)”. Żadna z kompozycji stylistycznie nie zahacza o rap, co więcej, sam André występuje tu przede wszystkim w roli… klarnecisty. Czy to oznacza, że Three Stacks obrał całkowicie nowy kierunek w swojej twórczości? Jak zapowiadał już jakiś czas temu, nie wyobraża sobie bycia raperem po 50-ce. Nowego albumu od twórców ATLiens już raczej nie usłyszymy, ale na szczęście nie oznacza to końca muzycznej przygody André.

Raheem DeVaughn remiksuje SZA, Jamesa Blake’a i Sabrinę Claudio


Kiedy nie jest zajęty pisaniem uwodzicielskich numerów, Raheem DeVaughn podkręca atmosferę kapitalnymi remiksami. Ostatnio idzie jak burza — w zeszłym tygodniu wypuścił aż trzy przeróbki, racząc nasze uszy odświeżonymi wersjami „The Weekend” SZA, „Retrograde” Jamesa Blake’a, a na koniec „Don’t Let Me Down” Sabriny Claudio w gorącym duecie z Khalidem.

Na pierwszy ogień poszła SZA — mimo że DeVaughn wokalnie przewodzi, nadal pozwala głosowi SZA błyszczeć, fantastycznie dopasowując się do muzy TDE. Artysta utrzymuje poziom również gdy przejmuje kontrolę nad singlem Blake’a z 2013 r. Oryginalny mrok utworu pozostaje nienaruszony, a głos DeVaughna porusza się po wzlotach i upadkach kompozycji. Chociaż wokalista uderza w mocne nuty, szybko je powściąga, co tylko wzbogaca melancholijną, wibrującą melodię. Na remiksie singla od Sabriny Claudio DeVaughn przejmuje natomiast wersy Khalida, swoimi bezbłędnymi adlibami przybliżając numer w jeszcze bardziej taneczne rejony.

Odpalcie poniższe tracki DeVaughna podczas przygotowań do lata, które z pewnością zyska na temperaturach po wydaniu nowego krążka Love Kinga — a ten, o tytule Decade of a Love King, ma się pojawić właśnie w nadchodzące wakacje. Czekamy z wypiekami na twarzach!

Nowy teledysk: Jay Rock, Kendrick Lamar, Future, James Blake „King’s Dead”

Po niezwykle barwnym i efektownym teledysku do „All The Stars” otrzymujemy kolejne wideo z albumu promującego film Black Panther. Tym razem Dave Meyers i „the little homies” wzięli na warsztat kawałek „King’s Dead”. Pamiętacie Kendricka tańczącego na słupie sygnalizacji świetlnej w „Alright”? Teraz twórcy przebili samych siebie. Klip otwiera kadr, w którym Kung Fu Kenny rapuje, siedząc jednocześnie na czubku palmy. Podobnych ujęć jest w klipie dużo więcej i trzeba przyznać, że ekipa Top Dawg postawiła poprzeczkę dosyć wysoko.

Nowy teledysk: James Blake „If The Car Beside You Towards Ahead”

Uwaga: film zawiera migoczące kolorowe światła, które mogą wywołać atak epilepsji! Ostatnio o Jamesie Blake’u było cicho. Zmieniło się to za sprawą ubiegłorocznych featuringów na krążku jego kolegów z Mount Kimbie. Gościnny udział na Love What Survives dał nadzieję na nowe muzyczne projekty Brytyjczyka. Najnowsza propozycja Blake’a „If The Car Beside You Towards Ahead” zapowiada jego powrót do muzycznych eksperymentów z jego wczesnych epek. Futurystyczne brzmienie kawałka oddaje wideoklip wyreżyserowany przez Alexandra Browna, odpowiedzialnego wcześniej za stylowy teledysk do „The Wilhelm’s Scream”. Klip przedstawia artystę jadącego samochodem w blasku wirujących neonowych świateł. Komputerowe glitche i przewijanie do tyłu dźwięków zestawione z nawarstwionymi wokalami muzyka tworzą intrygującą podróż w głąb fascynującego umysłu Jamesa Blake’a.

Kendrick Lamar, Jay Rock i Future we wspólnym kawałku

W dzisiejszych czasach coraz trudniej wyobrazić sobie wielką filmową produkcję bez towarzyszącej jej ścieżki dźwiękowej. Hucznie zapowiadany obraz Black Panther to gratka nie tylko dla fanów ekranizacji komiksów, ale także dla miłośników czarnych brzmień. W sieci pojawił się właśnie drugi singiel z gwiazdorsko obsadzonego soundtracku. Gospodarzem kawałka „King’s Dead” jest Jay Rock, a towarzyszą mu K.Dot oraz Future. Później na moment pojawia się jeszcze James Blake, ale w drugiej części utworu, niczym w „DNA”, Kendrick całkowicie przejmuje inicjatywę. Numer wyprodukowali Mike Will Made-It oraz Teddy Walton. Pełna wersja ścieżki dźwiękowej będzie mieć swoją premierę 9 lutego, a dla tych, którzy nie są fanami komiksów mamy inną wiadomość – „King’s Dead” to także pierwsza oficjalna zapowiedź nowego albumu Jay Rocka. Nie wiadomo jeszcze kiedy ukaże się następca 90059, ale będziemy niecierpliwie wypatrywać kolejnych newsów.

Recenzja: Mount Kimbie Love What Survives

Mount Kimbie

Love What Survives (2017)

Warp Records

Początki Mount Kimbie sięgają jeszcze czasów sprzed dekady. Swoją działalność sceniczną grupa rozpoczęła w 2008 roku wydaniem epki Maybes, która poprzedzała doskonałe Sketch on Glass. Dominicowi Makerowi i Kaiowi Camposowi bliżej wówczas było do dubstepowych brzmień. Spodziewano się, iż ich droga potoczy się zupełnie inaczej, a wyjście z podziemia oznaczać może akceptację praw, którymi rządzi się nieco bardziej mainstreamowa muzyka. Scenariusz ten okazał się jednak daleki od rzeczywistości, bo wstąpienie do Warp Records najwyraźniej tylko poszerzyło muzyczne horyzonty duetu.

Love What Survives to trzeci długogrający album Mount Kimbie. Obracając tytułowe hasło i biorąc pod uwagę to, jak zmieniła się ich muzyka, możemy zadać pytanie: kochać to, co zostało, odnosząc się do ich wcześniejszych wydawnictw, czy kochać to, co nam dają, w całości i bez retrospekcji? Wydaje się, że przy próbie znalezienia odpowiedzi na to pytanie i próbie zrozumienia albumu, należy kierować się trzema pojęciami: dojrzałością, ekscytacją oraz eksperymentem. Właśnie te elementy nieustannie będą przewijać się przez Love What Survives.

Nie bez znaczenia pozostaje droga, jaką pokonali muzycy, aby stworzyć płytę. Zaczęli od dubstepu, niebawem przechodząc do form bardziej wymagających i eksperymentalnych, wciąż jednak skutecznie łącząc to z pierwotnymi inspiracjami. Wydanie Crooks & Lovers to pierwszy, ale wciąż nieduży krok w stronę kształtowania swojego nowego stylu. Próbowano wówczas przypisywać ich do nurtu IDM, jednak zerwali z tą niewygodną łatką po Cold Spring Fault Less Youth. Wydawnictwo to nie tylko umocniło ich pozycję na scenie, ale i udowodniło, że w przypadku tego duetu prędzej można mówić o Intelligent Music niż o Intelligent Dance Music. Cold Spring Fault Less Youth wyznaczyło ścieżkę Love What Survives, które jeszcze dobitniej zrywa z dawnym wizerunkiem. Trudno jednak uznać album za kontynuatora stylu. Sami muzycy podkreślają, że nową płytę widzieli początkowo jako tabula rasę, starając się odciąć od tego, co zrobili wcześniej i co okazało się sukcesem. Ich niechęć do spoczywania na laurach i chodzenia utartym szlakiem doprowadziła do niezwykłego eksperymentu, jakim z pewnością jest ostatnie wydawnictwo od Mount Kimbie.

Skoro do nowego albumu podchodzą jako do czystej kartki, to jak wobec tego wygląda sam proces twórczy? Dominic Maker i Kai Campos nie są muzykami nagrywającymi w trasie. Sam etap powstawania albumu, mimo że przepełniony jest improwizacjami i eksperymentami, wymaga odpowiedniej atmosfery i skupienia. Po trasie promującej Cold Spring Fault Less Youth potrzebowali niemalże roku przerwy, aby ponownie zasiąść do tworzenia. Love What Survives to materiał, który częściowo tworzyli, przebywając w jednym zamkniętym pomieszczeniu w Los Angeles. Dla nich muzyka to swoista komunikacja niewerbalna, dlatego też nie wyobrażają sobie tworzenia na odległość. Efektem tego jest dialog między dwoma dojrzałymi muzykami, którzy nie odrzucając jednak młodzieńczego szaleństwa, stworzyli niezwykle eksperymentalny materiał.

Love What Survives na pewno nie jest albumem konceptualnym — duet raczej stroni od robienia muzyki z góry zaplanowanej, zostawiając sobie dowolność w twórczości. Mimo to utwory łączy warstwa muzyczna. Dominic Maker oraz Kai Campos postawili na żywe instrumenty, co odróżnia ostatni krążek od tworzonych głównie na maszynach Cold Spring Fault Less Youth oraz Crooks & Lovers. Z drugiej strony ów zakres instrumentów znacznie zawęzili, starając się wykorzystać każdy z nich w najciekawszy sposób. Nieraz nastrojowe organy, gitarowe riffy i surowy bas zlewają się w całość, tworząc niezwykłe podkłady lub są wykorzystane jako sampel. Na pewno nie możemy narzekać na brak różnorodności. Przykładowo „Poison”, czyli piękny fortepianowy loop, przeplata się z przypominającym twórczość Joy Division „You Look Certain (I’m Not So Sure)”. Łagodna „Marilyn” wyróżnia się na tle budzących dziwny niepokój „Four Years and One Day” czy „Delta”. Dominic Maker oraz Kai Campos stworzyli rodzaj kolażu muzycznego. Niekoniecznie zapewni on szeroką popularność grupie, ale może doprecyzować grono słuchaczy. Z płyty na płytę odbiorca Mount Kimbie musi być coraz czujniejszy i wrażliwszy na detale. Niektóre utwory na Love What Survives porównać można do sztuki ready-made. Wyjście ze studia, rejestracja rozmów, dźwięków natury, będących później składnikami takich utworów jak „We Go Home Together” czy „Delta” przypomina pracę dadaistów tworzących kolaże z nieoczywistych elementów.

Nie sposób pominąć kluczową dla albumu kwestię gości. Mount Kimbie postawiło na sprawdzonych muzyków. Łagodność Micachu i Balency kontrastuje z emocjonalnym Jamesem Blakiem czy brzmiącym jak szaleniec Kingiem Krulem. W przypadku kawałków gościnnych szczególnie słychać, iż dla duetu ich podkłady to bardzo elastyczne tworzywo, któremu jedynie nadali pewien rys. Decyzję co do ostatecznego kształtu tworzywa pozostawili wokalistom. Mount Kimbie wielokrotnie podkreślali, że dla nich featuringi nie polegają na wynajęciu wokalisty-rzemieślnika, a raczej na współpracy z wokalistą-artystą, który może dowolnie wpływać na piosenkę.

Tytuł Love What Survives odwołuje nas do wspominanej już dojrzałości muzyków. Traktując tytuły dosłownie, możemy powiedzieć, że wcześniej duet za umykającą młodość starał się obwiniać zimną wiosnę. Tym razem hasło brzmi zupełnie inaczej. „Love what survives” — mówią do nas coraz bardziej świadomi wieku i przeszłości muzycy, jednocześnie zaznaczając zmianę myślenia. Zamiast próby oskarżenia mamy wezwanie do tego, aby starać się iść do przodu i kochać czy doceniać to, co na tej drodze do bliżej nieznanego celu pozostało.

O tym jak dobra jest to płyta, będziecie mieli okazję przekonać się na żywo na koncercie Mount Kimbie, który odbędzie się już 11 listopada w warszawskim Niebie, a wszystkie informacje o wydarzeniu znajdziecie tutaj.

Nowy teledysk: James Blake „My Willing Heart”

James Blake wypuścił właśnie artystyczny czarno-biały teledysk do „My Willing Heart” — jednego z najjaśniejszych momentów jego zeszłorocznego krążka The Colour in Anything. W obrazie do numeru napisanego wspólnie z Frankiem Oceanem wyreżyserowanym przez Annę Rose Holmer zobaczymy brzemienną Natalie Portman w szeregu rozczulających sypialnianych i podwodnych scen.

Ponadczasowi James Blake i Vince Staples w przeróbce „Timeless”

timeless

Drugi singiel z The Colour in Anything doczekał się rapowego remiksu — podobnie jak trzy lata temu na „Life Round Here” Blake zaprosił Chance’a the Rappera. Tym razem pod nóż poszedł jeden z najmniej singlowych singli tego roku — zwodnicze „Timeless”, a gościnny wers podsunął Vince Staples (który swoją drogą wydał właśnie nową epkę). Staples zresztą jest jedynym jasnym punktem tego nagrania i raczej to jego miłośnicy powinni po nie sięgnąć. Można to zrobić poniżej.

Recenzja: James Blake The Colour in Anything

James Blake

The Colour in Anything (2016)

Polydor

James Blake to kreatywna bestia. Ma na siebie wiele pomysłów, ale w tej chwili — żadnego konkretnego. The Colour in Anything brzmi trochę tak, jak się nazywa. Blake rzeczywiście zręcznie wydobywa koloryt z tytułowego czegokolwiek — wychodzi od doskonale znanego paradygmatu swojego głośnego debiutu, ale zamiast prostej post-dubstepowej fuzji future garażu i R&B, buduje post-modernistyczny dźwiękowy kolaż, który trochę słuchacza rozpieszcza, trochę zadziwia, ale ostatecznie w trakcie swojego ponad 76-minutowego biegu jednocześnie trochę nuży.

Trzy lata temu Blake w świetnym stylu umknął syndromowi drugiej płyty, stąd istniało niebezpieczeństwo, że kryzys twórczy da mu się we znaki z pewnym opóźnieniem. Blake zrobił jednak unik i paradoksalnie tym dziwacznym, nierównym materiałem pokazał niedowiarkom, że się przeliczyli. W chaotycznej, rozciągniętej, niestroniącej od rozmaitych wokalnych filtrów i galerii dźwiękowego efekciarstwa The Colour in Anything jest coś fascynującego, a nawet rozkosznego. Magnetyzm awangardowego Blake’a to raczej momenty, detale — jak niechlujnie wplecione w bieg psychotycznie połamanego „Choose Me” sample ptasich odgłosów czy hyperdubowska powtarzalność wybrzmiewającego jak sygnał alarmowy sampla rozczłonkowującego kameralny nastrój „Always”. Nie da się ukryć, że na płycie Blake sumiennie dekonstruuje swoją dotychczasową twórczość, jej podwaliny i nowe inspiracje, a cały ten bałagan zlepia razem po swojemu.

The Colour in Anything brzmi jak walka z kryzysem twórczym, ze zjadaniem własnego ogona, z marazmem i nijakością — i to walka w dużej mierze wygrana, bo na swój sposób formatująca stylistykę artysty na nowo, ale — i to nawet bardziej w tym wszystkim istotne — wpędzająca go poniekąd w ślepy zaułek. Przy kolejnej płycie poszerzenie pola walki już mu nie wystarczy — albo będzie musiał napisać się zupełnie na nowo, albo skończy wsamplowując Björk w artymiczną miazgę.

Trudno tę płytę podzielić na single. Nawet sam piosenkarz miał z tym nie lada problem i ostatecznie w przededniu płyty wypuścił w tym charakterze jednocześnie aż trzy utwory. Zupełnie niepotrzebnie, choć rzeczywiście, by zatopić się w kreowany przez niego krajobraz, trzeba nadstawić ucha na dłużej i nawet wówczas nie sposób znaleźć tu numer o potencjale „Limit to Your Love” czy „Retrograde”. Pomimo odstręczającego wstępu, nieprzystającą wręcz do reszty materiału prostotą, lekkością i bezpośredniością ujmuje refren położonego idealnie w centrum krążka „My Willing Heart” napisanego wspólnie z Frankiem Oceanem — które brzmieniowo zawiera się gdzieś pomiędzy „Bad Religion” tego drugiego a utworami z niezapomnianego Sea Change Becka.

Awangardowy Blake z całym dobrodziejstwem pulsującego rozmaitymi kolorami post-dubstepowego inwentarza to twardy orzech do zgryzienia. Po uporaniu się ze skorupką można na krótko rozsmakować się w jego wnętrzu, ale kto wie, na jak długo go wystarczy.

Nowy utwór: James Blake „Modern Soul”

714afb74

Król minimalistycznej elektroniki z subtelnym śpiewem powraca z nowym singlem. James Blake planuje wydanie trzeciego krążka zatytułowanego Radio Silence, którego premiera nie została jeszcze ustalona. Apetyt podsyca rewelacyjny singiel „Modern Soul”, który artysta zagrał podczas własnej audycji w BBC Radio 1. Wysoki wokal, basowy podkład, minimalistyczne i melancholijne pianino dały powalający efekt. To może być jeden z najlepszych albumów w tym roku!

Nowe EP: Johnny Rain EP1

johnny-rain-ep1-e1450592133617

Poznajcie utalentowanego songwritera prosto z Kalifornii. Johnny Rain ma już na swoim koncie długogrający debiut 11, a teraz może się pochwalić świeżo wydaną epką. Na EP1 znajduje się 6 numerów, które już od pierwszego przesłuchania zapadają w pamięć, dzięki swojemu magnetycznemu brzmieniu. Całość można określić mianem alternatywnego r&b, co podkreśla również fakt, że w numerze „Animosity/Dear Xodi” Kalifornijczyka wspomaga James Blake. Jeśli jesteście fanami Franka Oceana, to z pewnością projekt Raina przypadnie Wam do gustu. Włączajcie zatem play poniżej.

James Blake coveruje „The Sound of Silence”

Image3

Nie tak dawno Ciara porwała się na Rolling Stonesów, a teraz James Blake wziął na warsztat klasyczną kompozycję Simona & Garfunkela. Rezultaty w obu przypadkach są podobne — niby można wysłuchać nowych wersji bez obrzydzenia, ale wartość dodana jest żadna, a całość niezręczna. Rozumiemy jednak doskonale potrzebę serca i międzypokoleniową emocjonalną solidarność, jakie czasem przytrafiają się artystom. Można posłuchać niżej w kategorii ciekawostki.

Nowy utwór: James Blake „200 Press”

jmsblk
Gotowi na coś nowego od Blake’a? Tym razem jest to coś naprawdę nowego. Może widocznie nie znam za dobrze wszystkiego co James wydał na płytach i poza nimi, ale nie pamiętam utworu o tak klubowym charakterze. Premiera „200 Press” odbyła się w trakcie ostatniej audycji muzyka dla BBC Radio 1, a sam utwór z miejsca podzielił fanów. Jedni są zachwyceni, a drudzy nie wiedzą co myśleć, ale w pełni szanują i ufają muzycznym decyzjom pana Blake’a. Nie jest to zdecydowanie brzmienie, którego oczekujemy sięgając po jego album. Ale pamiętamy również, ze artyści nie są kelnerami, prawda?

Recenzja: Chet Faker Built on Glass

Chet Faker

Built on Glass (2014)

Future Classic / Opulent

Nicholas James Murphy jest przykładem artysty, który zaistniał dzięki potędze internetu. Działający pod dość niewdzięcznym pseudonimem, Chet Faker, w 2011 roku udostępnił w sieci cover Blackstreet „No Diggity”. W ciągu kilku godzin utwór został rozproszony po całym świecie, osiągając pierwszą pozycję na Hype Machine. Rok później wydał debiutancką epkę Thinking in Textures, a przez kolejne trzy lata jego czas zajmowały trasy koncertowe, produkowanie muzyki, udzielanie wywiadów i granie na największych festiwalach. Potwierdzeniem jego rozwoju jest pierwszy długogrający album Built on Glass — niezwykle wielowarstwowy i zróżnicowany, ale zawsze przyjemny.

Cheta nie sposób zaszufladkować. Jego styl to mieszanka brzmień elektronicznych, downtempo, lounge. Wokal natomiast wydaje się typowo soulowy. Artysta wykorzystuje jednak kilka efektów, które odświeżają klasyczne brzmienie: auto-tune, pitch-shifter (w skrócie jest to zmiana wysokości dźwięku i dodanie go do dźwięku nieprzekształconego), a także podwajanie lub potrajanie ścieżek w harmonii. Imituje również głosem instrumenty, choćby w „Lessons in Patience”, co świadczy o jazzowym traktowaniu melodii. Natomiast „1998” to kolejna odsłona gatunkowa — deep-house w najlepszej postaci.

Pierwsza część płyty jest relaksująca. Zarówno produkcje, jak i wokal są spokojne i płynne. Znakomity „Talk Is Cheap”, do którego już wcześniej ukazał się teledysk, początkowo wprowadza w melancholijny nastrój. W „Melt” pojawia się jedyny gość na płycie — Kilo Kish. W połowie album metaforycznie zostaje przełożony na drugą stronę, niczym winyl, o czym informuje sam artysta. I tym samym zmienia się wydźwięk utworów. Druga połowa jest głośniejsza, melodie są wyraźniej zarysowane i czuć więcej zabawy. Nie obejdzie się tutaj jednak bez porównań do innych muzyków. „Cigarettes and Loneliness” przypomina styl kompozycji Mumford & Sons. W „Lesson in Patience” doszukać się można podobieństw do Jamesa Blake’a, przykładowo w podkładzie w postaci fortepianu i saksofonu. Nie będzie to jednak niespodzianka dla fanów, bowiem Chet od początku swojej działalności czerpie inspiracje z różnych muzycznych światów.

Built on Glass ukazuje, jak długą drogę Faker przebył od swojego debiutu. Przez kilka lat współpracował z Flume, a jego utwory remiksowane były przez takich artystów jak Nicolas Jaar. Teraz powrócił ze specjalnym materiałem robionym na własną rękę, w wyniku czego otrzymaliśmy album układający się niczym puzzle. Zróżnicowana stylistyka podkreśla dynamizm, ukazując dojrzałość Cheta jako producenta. Eklektyczna całość składa się na bardzo przyzwoity pierwszy album, a Nicholas James Murphy niezmiennie intryguje.

Kanye West zaprasza Jamesa Blake’a do współpracy

b3e094dca44363abcf3b92061d94061f___kanye620_1920301aJakiś czas temu po internecie chodziły mało sprecyzowane plotki o potencjalnej kooperacji Kanyego WestaJamesa Blake’a. Plotki te zostały już potwierdzone przez tego drugiego w wywiadzie dla Rolling Stone. Ponoć raper osobiście zaprosił go do współpracy. W zeszłym roku Kanye nazwał Brytyjczyka swoim ulubionym artystą. Blake’owi z kolei widać leży hiphopowa stylistyka, w końcu oprócz kawałka z Chancem The Rapperem, ma na koncie także (mniej lub bardziej udane) remiksy utworów m.in. Drake’a czy Kendricka Lamara. Skłonności Westa do muzycznego eksperymentowania po Yeezus chyba nawet nie trzeba uzasadniać. Oby połączenie takich dwóch indywidualności przyniosło nam coś ciekawego.

Remix: Kendrick Lamar „m.A.A.d. city” (James Blake Harmonimix remix)

jblake kndrick

Produkcja goni produkcję: po wysublimowanym remiksie „Drunk in Love” Beyoncé, James Blake częstuje swoich fanów autorską wersją „m.A.A.d. city” Kendricka Lamara. Brzmienie charakterystyczne dla produkcji w klimacie rapu Zachodniego Wybrzeża zostało przetransponowane do niepodręcznikowej mieszanki glitchu, trapu i new beatu. Duży przeskok stylistyczny załamał fabularną warstwę utworu- cechę tak charakterystyczną dla Kendricka –  i przeniósł „m.A.A.d city” w krainę subtelności, której nie docenili z kolei fani rapera. Słusznie?

Kilkanaście remiksów „Drunk In Love” w jednym miejscu

beyonce-drunk-in-love-video-2-650-430Świeży i jeszcze ciepły hit Beyonce rozchwytywany. Pisaliśmy dotąd bodajże o dwóch remiksach „Drunk In Love” Mrs. Carter, a w międzyczasie pojawiło się sporo kolejnych. Postanowiliśmy więc zebrać je w jednym miejscu, abyście mieli ułatwione zadanie ewentualnego porównania ich między sobą, a także sprawdzenia, na ile każdy różni się od oryginału i wnosi do utworu coś nowego. Zapewne nie są to wszystkie przeróbki, jakie do tej pory się ukazały, raczej te, które „obiły się nam o uszy”. Przyjemnego odsłuchu!

Na pierwszy ogień remiks w wykonaniu Noela „Detaila” Fischera, czyli autora podkładu również w oryginalnej wersji.

2# T.I.

3# The Weeknd

4# Kanye West

5# BaiLo & K.LO

6# Bad Manor

7# Lemi Vice x Action Jackson

8# DJ Cable

9# TigerBeat & Terror Dactel

10# JayKode

11# Hunt for the Breeze

12# Gant-Man

13# James Blake

14# Diplo

A tutaj macie punkt odniesienia: