james blake

Nowy teledysk: James Blake „Can’t Believe the Way We Flow”

Po wydanym na początku tego roku albumie Assume Form i zaskakującym duecie z Rosalíą James Blake dzieli się nowym klipem. Artystyczne wizuale do „Can’t Believe the Way We Flow” stworzył niezależny twórca Frank Lebon. Muzyk kontempluje spokojnie płynącą miłość na tle scenek z codziennego życia par. Fetysze, religia i różne formy miłości to główne tematy teledysku. Graficzne wstawki, ruchome obrazki i kolaże z twarzy tworzą romantyczną ramkę dla tego utworu.

Nowy teledysk: James Blake feat. Rosalía „Barefoot in the Park”

Najnowsze wydawnictwo Jamesa Blake’a tworzą przede wszystkim zaproszeni goście. Jednym z najciekawszych punktów na Assume Form jest nagrane wspólnie z Rosalíą „Barefoot in the Park”. Jej hiszpańskie zaśpiewy spychają w cień pomrukującego w tym języku Brytyjczyka. W wideoklipie magiczny realizm spotyka teorię wszystkiego. Otwierające utwór dźwięki jak z sennego koszmaru prowadzą do spaczonego obrazu stojących w płomieniach aut. Połączeni flasbackiem James Blake i Rosalía podążają wymarłymi uliczkami. W mieście dzieci wyjętym jak z Florida Project mijają ich duchy przeszłości…

Grammy Awards 2019: kto zgarnął złoto?

Coraz częściej mówi się, że nagrody Grammy to już nie to samo, co kiedyś; że straciły znaczenie, że Akademii trudno nadążać za dynamicznie rozwijającą się sceną szeroko pojętej muzyki popularnej. Jedno jest jednak jasne: obserwować zawody lubimy wszyscy. Dzisiejszej nocy atrakcji nagrodowych nie brakowało, a w kategoriach bliskich miskowym klimatom był niemały tłok. Przed 61. rozdaniem Grammy, które poprowadziła dawno niesłyszana Alicia Keys, największego hałasu w nominacjach narobili Kendrick Lamar (aż 8 nominacji za Black Panther: The Album), Childish Gambino i Cardi B. Do kogo z naszych milusińskich (mniejszych lub większych) trafiły złote gramofony? Oto oni:

  • „This is America” — Childish Gambino — utwór roku (pierwszy raz w historii dla hip-hopowego kawałka!), nagranie roku, najlepsze wykonanie: rap/wokalne, najlepszy teledysk
  • Invasion of Privacy — Cardi B — najlepszy album: rap (wystrzałowy występ Bardi z singlem „Money” niejednemu oglądającemu galę zjeżył włos na głowie)
  • „God’s Plan” — Drake — najlepszy utwór: rap (Drizzy zaserwował wymowną wypowiedź na temat samej istoty wyróżnień takich jak Grammy, za co otrzymał szybkie i soczyste… przejście do reklam)
  • remis w kategorii najlepsze wykonanie: rap dla „Bubblin” Andersona.Paaka i „King’s Dead” drużyny w składzie Kendrick Lamar, Jay Rock, Future i James Blake
  • H.E.R. — H.E.R. — najlepszy album: R&B
  • „Boo’d Up” — Ella Mai — najlepszy utwór: R&B (niekwestionowany hit pochodzi z ciepło przyjętego debiutanckiego albumu Elli)
  • „Best Part” — H.E.R. & Daniel Caesar — najlepsze wykonanie: R&B
  • remis w kategorii najlepsze wykonanie: tradycyjne R&B dla „Bet Ain’t Worth the Hand” Leona Bridgesa i „How Deep Is Your Love” PJ’a Mortona i Yebby
  • Everything is Love — The Carters — najlepszy album: urban contemporary
  • Sweetener — Ariana Grande — najlepszy popowy album wokalny
  • Dua Lipa — najlepszy debiut (oprócz sporej liczby singli rozchwytywana młoda wokalistka ma na koncie jeden pełnowymiarowy krążek; w walce o nagrodę pokonała m. in. H.E.R. czy Jorję Smith)
  • Pharrell Williams — producent roku (m. in. dla The Carters, Migos, N.E.R.D., Ariana Grande)

Podczas gali najjaśniej błyszczały panie, szczególnie w kontekście występów. Początek wydarzenia z właściwą sobie werwą odznaczyła Camila Cabello przebojem „Havana” i doborowym towarzystwem m. in. Ricky’ego Martina. Janelle Monae nie zawiodła i zelektryzowała widzów wykonaniem „Make Me Feel”, 75. urodziny celebrowała legendarna Diana Ross, a H.E.R. w pięknym stylu i z wirtuozerskim popisem zaprezentowała utwór „Hard Place”. Aretha Franklin otrzymała fantastyczny hołd w postaci coveru „You Make Me Feel (Like a Natural Woman)” prosto ze złotych gardeł Fantasii Barrino, Andry Day i Yolandy Adams. Jednym z niewątpliwych highlightów wieczoru było widowisko od Travisa Scotta, który może i nie opuścił Staples Center z naręczem statuetek, natomiast z pewnością wywołał na scenie szaleństwo, o którym trudno będzie szybko zapomnieć (nawet chociaż — a może właśnie dlatego że — większość swojego show spędził w klatce). Moglibyśmy się czepiać zaskakującego wyboru Jennifer Lopez do wykonania Motown Tribute czy równie niespodziewanego połączenia Post Malone’a z Red Hot Chilli Peppers, ale należy przyznać, że w tym roku jest więcej przesłanek ku serdeczności niż uszczypliwości.

„Music’s Biggest Night” po raz kolejny przechodzi do historii. Pełną listę nominowanych i nagrodzonych, nie tylko z naszej działki, możecie zobaczyć na oficjalnej stronie Akademii. Uwagi, skargi, zażalenia? Dajcie znać, czy z Grammy w dłoniach do domów wracają wasi faworyci.

Recenzja: James Blake Assume Form

James Blake

Assume Form (2019)

Polydor

Nie ma ucieczki przed formą, jak tylko w inną formę, a James Blake robi to wyjątkowo zręcznie. Przekładając mainstreamowe akcenty na swój introwertyczny język, na Assume Form wyłącznie rozwija i precyzuje wypracowany przez siebie awangardowy, post-dubstepowy styl.

Czwarty album Blake’a jest znacznie mniej eksperymentalny niż chaotyczny The Colour in Anything. Skupiony, niezwykle poruszający i uciekający od popowych schematów stanowi niewinny romans z trapem na tle ciepłych elektronicznych pejzaży. James odnajduje na nim kompromis między dotychczas surową brzmieniowo uczuciowością a swobodą i ciepłem z okolic alt R&B. Efekt jest niewymuszony podobnie jak sposób, w jaki wyraża swoje odczucia. Assume Form obnaża emocje i opisuje wrażenia związane z wchodzeniem w romantyczną relację oraz funkcjonowaniem w niej. Blake porusza wiele związanych z tym aspektów i traktuje o swoich własnych doświadczeniach. I will assume form / I’ll leave the ether — oznajmia w tytułowym utworze, wprowadzając w oniryczny i — bodaj po raz pierwszy w swojej twórczości — niedepresyjny nastrój. Z towarzyszącymi mu demonami poradził sobie, jak przyznaje w „Power On”, przede wszystkim dzięki swojej obecnej partnerce — I thought I might be better dead, but I was wrong / I thought everything could fade, but I was wrong / I thought I’d never find my place, but I was wrong. Wydaje się, że nad całym tym wszechogarniającym spektrum impresji, odnosząc się do wyżej wspomnianego The Colour in Anything — również tych muzycznych, posiadł nareszcie niejaką kontrolę.

Wyprodukowane przez Metro Boomina „Mile High” i „Tell Them” są przykładem tego, w jaki sposób Blake potrafi interpretować popularne tendencje, sięgając przy tym przede wszystkim po czarne brzmienia. Pierwszy, z udziałem Travisa Scotta, nienachalnie eksponuje traprapowy minimalizm, a w neo-soulowym „Tell Them” Moses Sumney z kolei uwodzi swoim zmysłowym falsetem. Świadomie przyjęta współczesna forma dźwiękowa jest naturalnym następstwem ostatniej twórczej pracy artysty. Brytyjczyk pojawiał się na najgłośniejszych wydawnictwach minionych trzech lat i stał się jedną z ważniejszych postaci na światowej scenie — jego produkcje znalazły się m.in. na albumach Beyoncé, Franka Oceana, Kendricka Lamara, Jay’a-Z czy wspomnianego już Travisa Scotta, co bynajmniej nie zmieniło kierunku, który obrał na początku swojej kariery. Wykorzystując potencjał zręcznie dobranych współpracowników we własnej koncepcji, osiąga na Assume Form niezależną, spójną całość. Z tej sennej beztroski, jaką wydaje się Assume Form wyrywa się jedynie na chwilę. „Where’s the Catch?”, którego centralnym punktem staje się popisowa zwrotka André 3000 i rozpaczliwie powtarzane There must be a catch jest przełomowym momentem na płycie. Wśród pięknych, płynących ballad, które w końcu ustępują miejsca spokojnemu outro w postaci „Lullaby for My Insomniac”, zaskakuje chwilowa niepewność i dziwny niepokój.

Nowy teledysk: James Blake feat. Travis Scott & Metro Boomin „Mile High”

Kawiarnia Mile High i spotkanko na poziomie dwóch artystów. Tak zaczyna się najnowszy teledysk Jamesa Blake’a, do którego zaprosił Travisa Scotta. Brytyjczyk miesza parę razy łyżeczką w filiżance z kawą i… odlatuje. Następuje Wielki Wybuch, zaćmienie i czarna dziura, w którą wpada. Surrealistyczny klimat wizualizacji oddaje gęsty beat Metro Boomina, wokół którego orbitują obaj wykonawcy. Całość wychodzi trochę jak epizod z niemieckiego serialu Dark. Tak czy inaczej, czujemy cię, James. To była cholernie dobra kawa.

Odsłuchy nowych płyt Jamesa Blake’a, Noviki, Dawn Richard i Krzysztofa Iwaneczko

Jeszcze na dobre nie otrząsnęliśmy się po obfitujących w znakomitą muzykę podsumowaniach, dlatego z #Fridayroundup powrócimy do was wkrótce. Tymczasem, aby nie zostawić was całkowicie bez wiedzy o piątkowych premierach płytowych, przedstawiam cztery krążki, które warto przesłuchać.

James Blake Assume Form

Assume Form niezmiennie wpasowuje się w klimat smutnych elektroniczno-hip-hopowych kawałków, do których przyzwyczaił nas James Blake. Na krążku, wśród dwunastu propozycji, usłyszymy głosy takich artystów, jak André 3000, Travis Scott, Metro Boomin, Moses Sumney, czy zeszłoroczny fenomen Rosalíę. Pomimo że Assume Form nie wprowadza znaczących zmian w charakterystycznym brzmieniu Jamesa, to jednak piosenki „Mile High” czy „Where’s The Catch?” nadają albumowi nieco nowego kolorytu. Dotychczasowi fani artysty nie powinni być rozczarowani nowym wydawnictwem Blake’a. Przypuszczam, że Assume Form może przysporzyć wokaliście nowych słuchaczy, którzy zostana z nim na dłużej.

Novika Bez cukru

Z czwartym albumem powraca znana marka na scenie elektronicznej, czyli Novika. Na jej najnowszej płycie Bez cukru artystka prezentuje bardziej dojrzałe oblicze. Teksty traktują o miłości, ale jak wskazuje tytuł wydawnictwa, nie tej przesłodzonej, ale prawdziwej, pokazując realne oblicze uczucia. Muzycznie Novika zabiera słuchacza do swobodnego electro-chilloutowego świata, w którym nie zabraknie klubowego zabarwienia. Wśród zaproszonych gości znaleźli się Buslav, Baasch oraz córka Nina. Od strony producenckiej za stworzenie płyty odpowiedzialni są długoletni przyjaciele Noviki, Agim Dżeljilji, Bogdan Kondracki oraz Stanisław Koźlik, a także nowe dla niej nazwiska: producentka An On Bast, uznany na scenie muzyki elektronicznej Manoid, krakowski producent Good Paul oraz debiutant, na którego postawiła Novika, Adams Brass. Posłuchajcie bardziej komercyjnej odsłony artystki.

Dawn Richard New Breed

Zamieszanie wokół Danity Kane i powrót do zespołu Dawn Richard wykorzystała, aby pokazać swoje kolejne solowe wydawnictwo. New Breed prezentuje spokojniejszą, niż na poprzednich krążkach, ale równie oryginalną i twórczą stronę artystki. Tym razem Dawn daje się poznać światu jako survivor i wolna kobieta. Celebruje indywidualizm czarnych kobiet i prawo do wyrażania siebie. Na krążku znajdziemy szeroki wachlarz gatunkowy, od pop ballad, przez hip-hop i R&B, po afrobeat i elementy funku. Wszystko przedstawione na tle motywu przewodniego, którym są rdzenni Amerykanie. Posłuchajcie, jak Richard pokazuje środkowy palec osobom, które nie potrafiły stawić czoła jej kreatywności.

Odsłuch płyty Dawn Richard New Breed

Krzysztof Iwaneczko Jestem

Zwycięzca popularnego talent-show The Voice of Poland zdecydowanie przespał swój czas. Trudności z wydaniem płyty opóźniły premierą, przez co znaczna część publiczności zapomniała o jednym z wielu wokalistów wypuszczonych przez tego typu programy. Chęć nagrania materiału według własnych upodobań zmusiła Krzysztofa do założenia własnej wytwórni ID Music. Po dwóch letnich staraniach i pracy na materiałem, na album Jestem trafiło 11 autorskich kompozycji, głównie popowych, z elementami soulowymi, stworzonych wspólnie z Michałem Kushem oraz Mariuszem Obijalskim. Krążek jest różnorodny, miejscami nieco przekombinowany. Posłuchajcie poniżej i oceńcie, jak podoba wam się emocjonalna propozycja od artysty.

André 3000, Travis Scott, Rosalía na nowym albumie Jamesa Blake’a

James Blake właśnie podzielił się szczegółami dotyczącymi zapowiedzianego już jakiś czas temu następcy The Colour in Anything. Assume Form, czwarty album studyjny Brytyjczyka, ukaże się 18 stycznia. Na płycie znajdzie się 12 utworów, w tym m.in. opublikowane rok temu „Don’t Miss It”. My nie możemy się doczekać, zwłaszcza, że wśród gościnnie zaproszonych wykonawców pojawią się Metro Boomin, Travis Scott, Rosalía, Moses Sumney i André 3000, a ostatnie prace artysty brzmią coraz ciekawiej!

1. „Assume Form”
2. „Mile High” (feat. Travis Scott & Metro Boomin)
3. „Tell Them” (feat. Moses Sumney & Metro Boomin)
4. „Into the Red”
5. „Barefoot in the Park” (feat. Rosalía)
6. „Can’t Believe the Way We Flow”
7. „Are You in Love?”
8. „Where’s The Catch?” (ft. André 3000)
9. „I’ll Come Too”
10. „Power On”
11. „Don’t Miss It”
12. „Lullaby for My Insomniac”

Nowy teledysk: Travis Scott „Stop Trying To Be God”

Jeden z najlepszych numerów z wydanego przed kilkoma dniami Astroworld doczekał się klipu i to nie byle jakiego. Teledysk do „Stop Trying To Be God” został zrealizowany z rozmachem i chyba wszyscy zgodzą się, że pokazuje Travisa od strony do tej pory nieznanej. Obraz dosyć swobodnie nawiązuje do biblijnych wydarzeń, co czyni go równie zabawnym co mrocznym. Gościnnie na planie pojawili się James Blake, a także dziewczyna Scotta, czyli Kylie Jenner. Zdecydowanie jest to rzecz warta sprawdzenia.

Nowy utwór: James Blake „Don’t Miss It”

Termin FOMO określa ciągłe poczucie, że coś nas omija i coś przegapiamy, składając się na bardzo aktualną konkluzję na temat uzależnienia od mediów społecznościowych i poczucia, że bez nich nie istniejemy. Najnowsza propozycja Jamesa Blake’a „Don’t Miss It” najlepiej oddaje ten popularny termin. Blake w warstwie tekstowej minimalistycznego utworu rozwija pojęcie cykliczności natrętnych myśli. Wibrujący wokal Brytyjczyka otulają dźwięki pianina i zamglone elektroniczne brzmienie produkcji, za którą odpowiada Dominic Maker z Mount Kimbie. W operowych wstawkach wokalnych i melancholijnym klimacie tkwi coś z dokonań Radiohead, tworząc idealną balladę na samotny niedzielny wieczór. „Don’t Miss It” to kolejny po „Vincent” i „If the Car Beside You Moves Ahead” singiel z oczekiwanego nowego albumu muzyka.

James Blake, Sufjan Stevens remiksują Mosesa Sumneya na nowej epce

„Make Out in My Car”, ulubiona piosenka matki Mosesa Sumneya w katalogu jej syna, dostała w tym tygodniu drugie życie. A nawet trzecie, czwarte i piąte. Poza upublicznioną przed trzema dniami rozszerzoną wersją nagrania na wydanej właśnie czteroutworowej epce Make Out in My Car (Chameleon Suite) znalazły się także trzy remiksy i to nie byle jakie. Na swój sposób Sumneya zdekonstruowali James Blake, Sufjan Stevens i Alex Isley. Posłuchajcie, co z tego wyszło, poniżej, a jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z zeszłorocznym debiutem Sumneya, powtórzę jak mantrę, że warto.

Dwa nowe utwory od André 3000

W Polsce Dzień Matki będziemy obchodzić za nieco ponad tydzień, w Stanach natomiast miało to miejsce już dwa dni temu. Jak się okazuje, wdzięczność i uznanie dla Pań można okazywać na wiele sposobów, na co dowodem jest, chociażby wysyp kawałków wypuszczonych właśnie z tej okazji. Chyba największym zaskoczeniem okazały się dwa premierowe utwory od André 3000. Członek OutKast połączył siły z Jamesem Blake’em, wskutek czego powstał 17-minutowy instrumentalny utwór „Look Ma No Hands” oraz „Me&My (To Bury Your Parents)”. Żadna z kompozycji stylistycznie nie zahacza o rap, co więcej, sam André występuje tu przede wszystkim w roli… klarnecisty. Czy to oznacza, że Three Stacks obrał całkowicie nowy kierunek w swojej twórczości? Jak zapowiadał już jakiś czas temu, nie wyobraża sobie bycia raperem po 50-ce. Nowego albumu od twórców ATLiens już raczej nie usłyszymy, ale na szczęście nie oznacza to końca muzycznej przygody André.

Raheem DeVaughn remiksuje SZA, Jamesa Blake’a i Sabrinę Claudio


Kiedy nie jest zajęty pisaniem uwodzicielskich numerów, Raheem DeVaughn podkręca atmosferę kapitalnymi remiksami. Ostatnio idzie jak burza — w zeszłym tygodniu wypuścił aż trzy przeróbki, racząc nasze uszy odświeżonymi wersjami „The Weekend” SZA, „Retrograde” Jamesa Blake’a, a na koniec „Don’t Let Me Down” Sabriny Claudio w gorącym duecie z Khalidem.

Na pierwszy ogień poszła SZA — mimo że DeVaughn wokalnie przewodzi, nadal pozwala głosowi SZA błyszczeć, fantastycznie dopasowując się do muzy TDE. Artysta utrzymuje poziom również gdy przejmuje kontrolę nad singlem Blake’a z 2013 r. Oryginalny mrok utworu pozostaje nienaruszony, a głos DeVaughna porusza się po wzlotach i upadkach kompozycji. Chociaż wokalista uderza w mocne nuty, szybko je powściąga, co tylko wzbogaca melancholijną, wibrującą melodię. Na remiksie singla od Sabriny Claudio DeVaughn przejmuje natomiast wersy Khalida, swoimi bezbłędnymi adlibami przybliżając numer w jeszcze bardziej taneczne rejony.

Odpalcie poniższe tracki DeVaughna podczas przygotowań do lata, które z pewnością zyska na temperaturach po wydaniu nowego krążka Love Kinga — a ten, o tytule Decade of a Love King, ma się pojawić właśnie w nadchodzące wakacje. Czekamy z wypiekami na twarzach!

Nowy teledysk: Jay Rock, Kendrick Lamar, Future, James Blake „King’s Dead”

Po niezwykle barwnym i efektownym teledysku do „All The Stars” otrzymujemy kolejne wideo z albumu promującego film Black Panther. Tym razem Dave Meyers i „the little homies” wzięli na warsztat kawałek „King’s Dead”. Pamiętacie Kendricka tańczącego na słupie sygnalizacji świetlnej w „Alright”? Teraz twórcy przebili samych siebie. Klip otwiera kadr, w którym Kung Fu Kenny rapuje, siedząc jednocześnie na czubku palmy. Podobnych ujęć jest w klipie dużo więcej i trzeba przyznać, że ekipa Top Dawg postawiła poprzeczkę dosyć wysoko.

Nowy teledysk: James Blake „If The Car Beside You Towards Ahead”

Uwaga: film zawiera migoczące kolorowe światła, które mogą wywołać atak epilepsji! Ostatnio o Jamesie Blake’u było cicho. Zmieniło się to za sprawą ubiegłorocznych featuringów na krążku jego kolegów z Mount Kimbie. Gościnny udział na Love What Survives dał nadzieję na nowe muzyczne projekty Brytyjczyka. Najnowsza propozycja Blake’a „If The Car Beside You Towards Ahead” zapowiada jego powrót do muzycznych eksperymentów z jego wczesnych epek. Futurystyczne brzmienie kawałka oddaje wideoklip wyreżyserowany przez Alexandra Browna, odpowiedzialnego wcześniej za stylowy teledysk do „The Wilhelm’s Scream”. Klip przedstawia artystę jadącego samochodem w blasku wirujących neonowych świateł. Komputerowe glitche i przewijanie do tyłu dźwięków zestawione z nawarstwionymi wokalami muzyka tworzą intrygującą podróż w głąb fascynującego umysłu Jamesa Blake’a.

Kendrick Lamar, Jay Rock i Future we wspólnym kawałku

W dzisiejszych czasach coraz trudniej wyobrazić sobie wielką filmową produkcję bez towarzyszącej jej ścieżki dźwiękowej. Hucznie zapowiadany obraz Black Panther to gratka nie tylko dla fanów ekranizacji komiksów, ale także dla miłośników czarnych brzmień. W sieci pojawił się właśnie drugi singiel z gwiazdorsko obsadzonego soundtracku. Gospodarzem kawałka „King’s Dead” jest Jay Rock, a towarzyszą mu K.Dot oraz Future. Później na moment pojawia się jeszcze James Blake, ale w drugiej części utworu, niczym w „DNA”, Kendrick całkowicie przejmuje inicjatywę. Numer wyprodukowali Mike Will Made-It oraz Teddy Walton. Pełna wersja ścieżki dźwiękowej będzie mieć swoją premierę 9 lutego, a dla tych, którzy nie są fanami komiksów mamy inną wiadomość – „King’s Dead” to także pierwsza oficjalna zapowiedź nowego albumu Jay Rocka. Nie wiadomo jeszcze kiedy ukaże się następca 90059, ale będziemy niecierpliwie wypatrywać kolejnych newsów.

Recenzja: Mount Kimbie Love What Survives

Mount Kimbie

Love What Survives (2017)

Warp Records

Początki Mount Kimbie sięgają jeszcze czasów sprzed dekady. Swoją działalność sceniczną grupa rozpoczęła w 2008 roku wydaniem epki Maybes, która poprzedzała doskonałe Sketch on Glass. Dominicowi Makerowi i Kaiowi Camposowi bliżej wówczas było do dubstepowych brzmień. Spodziewano się, iż ich droga potoczy się zupełnie inaczej, a wyjście z podziemia oznaczać może akceptację praw, którymi rządzi się nieco bardziej mainstreamowa muzyka. Scenariusz ten okazał się jednak daleki od rzeczywistości, bo wstąpienie do Warp Records najwyraźniej tylko poszerzyło muzyczne horyzonty duetu.

Love What Survives to trzeci długogrający album Mount Kimbie. Obracając tytułowe hasło i biorąc pod uwagę to, jak zmieniła się ich muzyka, możemy zadać pytanie: kochać to, co zostało, odnosząc się do ich wcześniejszych wydawnictw, czy kochać to, co nam dają, w całości i bez retrospekcji? Wydaje się, że przy próbie znalezienia odpowiedzi na to pytanie i próbie zrozumienia albumu, należy kierować się trzema pojęciami: dojrzałością, ekscytacją oraz eksperymentem. Właśnie te elementy nieustannie będą przewijać się przez Love What Survives.

Nie bez znaczenia pozostaje droga, jaką pokonali muzycy, aby stworzyć płytę. Zaczęli od dubstepu, niebawem przechodząc do form bardziej wymagających i eksperymentalnych, wciąż jednak skutecznie łącząc to z pierwotnymi inspiracjami. Wydanie Crooks & Lovers to pierwszy, ale wciąż nieduży krok w stronę kształtowania swojego nowego stylu. Próbowano wówczas przypisywać ich do nurtu IDM, jednak zerwali z tą niewygodną łatką po Cold Spring Fault Less Youth. Wydawnictwo to nie tylko umocniło ich pozycję na scenie, ale i udowodniło, że w przypadku tego duetu prędzej można mówić o Intelligent Music niż o Intelligent Dance Music. Cold Spring Fault Less Youth wyznaczyło ścieżkę Love What Survives, które jeszcze dobitniej zrywa z dawnym wizerunkiem. Trudno jednak uznać album za kontynuatora stylu. Sami muzycy podkreślają, że nową płytę widzieli początkowo jako tabula rasę, starając się odciąć od tego, co zrobili wcześniej i co okazało się sukcesem. Ich niechęć do spoczywania na laurach i chodzenia utartym szlakiem doprowadziła do niezwykłego eksperymentu, jakim z pewnością jest ostatnie wydawnictwo od Mount Kimbie.

Skoro do nowego albumu podchodzą jako do czystej kartki, to jak wobec tego wygląda sam proces twórczy? Dominic Maker i Kai Campos nie są muzykami nagrywającymi w trasie. Sam etap powstawania albumu, mimo że przepełniony jest improwizacjami i eksperymentami, wymaga odpowiedniej atmosfery i skupienia. Po trasie promującej Cold Spring Fault Less Youth potrzebowali niemalże roku przerwy, aby ponownie zasiąść do tworzenia. Love What Survives to materiał, który częściowo tworzyli, przebywając w jednym zamkniętym pomieszczeniu w Los Angeles. Dla nich muzyka to swoista komunikacja niewerbalna, dlatego też nie wyobrażają sobie tworzenia na odległość. Efektem tego jest dialog między dwoma dojrzałymi muzykami, którzy nie odrzucając jednak młodzieńczego szaleństwa, stworzyli niezwykle eksperymentalny materiał.

Love What Survives na pewno nie jest albumem konceptualnym — duet raczej stroni od robienia muzyki z góry zaplanowanej, zostawiając sobie dowolność w twórczości. Mimo to utwory łączy warstwa muzyczna. Dominic Maker oraz Kai Campos postawili na żywe instrumenty, co odróżnia ostatni krążek od tworzonych głównie na maszynach Cold Spring Fault Less Youth oraz Crooks & Lovers. Z drugiej strony ów zakres instrumentów znacznie zawęzili, starając się wykorzystać każdy z nich w najciekawszy sposób. Nieraz nastrojowe organy, gitarowe riffy i surowy bas zlewają się w całość, tworząc niezwykłe podkłady lub są wykorzystane jako sampel. Na pewno nie możemy narzekać na brak różnorodności. Przykładowo „Poison”, czyli piękny fortepianowy loop, przeplata się z przypominającym twórczość Joy Division „You Look Certain (I’m Not So Sure)”. Łagodna „Marilyn” wyróżnia się na tle budzących dziwny niepokój „Four Years and One Day” czy „Delta”. Dominic Maker oraz Kai Campos stworzyli rodzaj kolażu muzycznego. Niekoniecznie zapewni on szeroką popularność grupie, ale może doprecyzować grono słuchaczy. Z płyty na płytę odbiorca Mount Kimbie musi być coraz czujniejszy i wrażliwszy na detale. Niektóre utwory na Love What Survives porównać można do sztuki ready-made. Wyjście ze studia, rejestracja rozmów, dźwięków natury, będących później składnikami takich utworów jak „We Go Home Together” czy „Delta” przypomina pracę dadaistów tworzących kolaże z nieoczywistych elementów.

Nie sposób pominąć kluczową dla albumu kwestię gości. Mount Kimbie postawiło na sprawdzonych muzyków. Łagodność Micachu i Balency kontrastuje z emocjonalnym Jamesem Blakiem czy brzmiącym jak szaleniec Kingiem Krulem. W przypadku kawałków gościnnych szczególnie słychać, iż dla duetu ich podkłady to bardzo elastyczne tworzywo, któremu jedynie nadali pewien rys. Decyzję co do ostatecznego kształtu tworzywa pozostawili wokalistom. Mount Kimbie wielokrotnie podkreślali, że dla nich featuringi nie polegają na wynajęciu wokalisty-rzemieślnika, a raczej na współpracy z wokalistą-artystą, który może dowolnie wpływać na piosenkę.

Tytuł Love What Survives odwołuje nas do wspominanej już dojrzałości muzyków. Traktując tytuły dosłownie, możemy powiedzieć, że wcześniej duet za umykającą młodość starał się obwiniać zimną wiosnę. Tym razem hasło brzmi zupełnie inaczej. „Love what survives” — mówią do nas coraz bardziej świadomi wieku i przeszłości muzycy, jednocześnie zaznaczając zmianę myślenia. Zamiast próby oskarżenia mamy wezwanie do tego, aby starać się iść do przodu i kochać czy doceniać to, co na tej drodze do bliżej nieznanego celu pozostało.

O tym jak dobra jest to płyta, będziecie mieli okazję przekonać się na żywo na koncercie Mount Kimbie, który odbędzie się już 11 listopada w warszawskim Niebie, a wszystkie informacje o wydarzeniu znajdziecie tutaj.

Nowy teledysk: James Blake „My Willing Heart”

James Blake wypuścił właśnie artystyczny czarno-biały teledysk do „My Willing Heart” — jednego z najjaśniejszych momentów jego zeszłorocznego krążka The Colour in Anything. W obrazie do numeru napisanego wspólnie z Frankiem Oceanem wyreżyserowanym przez Annę Rose Holmer zobaczymy brzemienną Natalie Portman w szeregu rozczulających sypialnianych i podwodnych scen.

Ponadczasowi James Blake i Vince Staples w przeróbce „Timeless”

timeless

Drugi singiel z The Colour in Anything doczekał się rapowego remiksu — podobnie jak trzy lata temu na „Life Round Here” Blake zaprosił Chance’a the Rappera. Tym razem pod nóż poszedł jeden z najmniej singlowych singli tego roku — zwodnicze „Timeless”, a gościnny wers podsunął Vince Staples (który swoją drogą wydał właśnie nową epkę). Staples zresztą jest jedynym jasnym punktem tego nagrania i raczej to jego miłośnicy powinni po nie sięgnąć. Można to zrobić poniżej.

Recenzja: James Blake The Colour in Anything

James Blake

The Colour in Anything (2016)

Polydor

James Blake to kreatywna bestia. Ma na siebie wiele pomysłów, ale w tej chwili — żadnego konkretnego. The Colour in Anything brzmi trochę tak, jak się nazywa. Blake rzeczywiście zręcznie wydobywa koloryt z tytułowego czegokolwiek — wychodzi od doskonale znanego paradygmatu swojego głośnego debiutu, ale zamiast prostej post-dubstepowej fuzji future garażu i R&B, buduje post-modernistyczny dźwiękowy kolaż, który trochę słuchacza rozpieszcza, trochę zadziwia, ale ostatecznie w trakcie swojego ponad 76-minutowego biegu jednocześnie trochę nuży.

Trzy lata temu Blake w świetnym stylu umknął syndromowi drugiej płyty, stąd istniało niebezpieczeństwo, że kryzys twórczy da mu się we znaki z pewnym opóźnieniem. Blake zrobił jednak unik i paradoksalnie tym dziwacznym, nierównym materiałem pokazał niedowiarkom, że się przeliczyli. W chaotycznej, rozciągniętej, niestroniącej od rozmaitych wokalnych filtrów i galerii dźwiękowego efekciarstwa The Colour in Anything jest coś fascynującego, a nawet rozkosznego. Magnetyzm awangardowego Blake’a to raczej momenty, detale — jak niechlujnie wplecione w bieg psychotycznie połamanego „Choose Me” sample ptasich odgłosów czy hyperdubowska powtarzalność wybrzmiewającego jak sygnał alarmowy sampla rozczłonkowującego kameralny nastrój „Always”. Nie da się ukryć, że na płycie Blake sumiennie dekonstruuje swoją dotychczasową twórczość, jej podwaliny i nowe inspiracje, a cały ten bałagan zlepia razem po swojemu.

The Colour in Anything brzmi jak walka z kryzysem twórczym, ze zjadaniem własnego ogona, z marazmem i nijakością — i to walka w dużej mierze wygrana, bo na swój sposób formatująca stylistykę artysty na nowo, ale — i to nawet bardziej w tym wszystkim istotne — wpędzająca go poniekąd w ślepy zaułek. Przy kolejnej płycie poszerzenie pola walki już mu nie wystarczy — albo będzie musiał napisać się zupełnie na nowo, albo skończy wsamplowując Björk w artymiczną miazgę.

Trudno tę płytę podzielić na single. Nawet sam piosenkarz miał z tym nie lada problem i ostatecznie w przededniu płyty wypuścił w tym charakterze jednocześnie aż trzy utwory. Zupełnie niepotrzebnie, choć rzeczywiście, by zatopić się w kreowany przez niego krajobraz, trzeba nadstawić ucha na dłużej i nawet wówczas nie sposób znaleźć tu numer o potencjale „Limit to Your Love” czy „Retrograde”. Pomimo odstręczającego wstępu, nieprzystającą wręcz do reszty materiału prostotą, lekkością i bezpośredniością ujmuje refren położonego idealnie w centrum krążka „My Willing Heart” napisanego wspólnie z Frankiem Oceanem — które brzmieniowo zawiera się gdzieś pomiędzy „Bad Religion” tego drugiego a utworami z niezapomnianego Sea Change Becka.

Awangardowy Blake z całym dobrodziejstwem pulsującego rozmaitymi kolorami post-dubstepowego inwentarza to twardy orzech do zgryzienia. Po uporaniu się ze skorupką można na krótko rozsmakować się w jego wnętrzu, ale kto wie, na jak długo go wystarczy.

Nowy utwór: James Blake „Modern Soul”

714afb74

Król minimalistycznej elektroniki z subtelnym śpiewem powraca z nowym singlem. James Blake planuje wydanie trzeciego krążka zatytułowanego Radio Silence, którego premiera nie została jeszcze ustalona. Apetyt podsyca rewelacyjny singiel „Modern Soul”, który artysta zagrał podczas własnej audycji w BBC Radio 1. Wysoki wokal, basowy podkład, minimalistyczne i melancholijne pianino dały powalający efekt. To może być jeden z najlepszych albumów w tym roku!