Recenzja: Conway the Machine From King to a God

Data: 29 września 2020 Autor: Komentarzy:

okladka plyty conway the machine

Conway the Machine

From King to a God (2020)

Griselda

Niewiele składów namieszało na hip-hopowej scenie w ostatnich latach tyle, co chłopaki z Griselda Records. Dziesiątki projektów, słowa uznania płynące z każdej strony, kontrakty i współprace z raperami z czołówki udowodniły, że ortodoksyjny styl może z powodzeniem zainteresować współczesnego słuchacza. Nic dziwnego, że artyści z Buffalo z coraz większym apetytem zaczęli spoglądać na mainstreamowy rynek. Pierwszy krok w tym kierunku zrobił Westside Gunn z Pray for Paris — teraz przyszła kolej na jego starszego brata, Conway’a the Machine. Imponujący zestaw gości i producentów to potężne atuty na debiutanckim krążku, ale hitowy potencjał From King to a God kryje się gdzie indziej.

Rzadko kiedy próby łączenia hip-hopu rodem ze złotej ery z nowoczesnym brzmieniem kończą się dobrze; muzyczna skostniałość i niezdrowa nostalgia sprawiają, że starsi artyści miewają problem z odnalezieniem się we współczesnych realiach. Ale nie dotyczy to Conway’a the Machine, który na swój komercyjny debiut zwerbował imponujący zestaw gości i producentów z różnych światów. I co najważniejsze, zrobił z tego użytek. Brzmieniowo From King to a God balansuje między drapieżnym boombapem, a klubowymi hymnami, których nie powstydziłby się Drake czy Meek Mill. Conway czuje się swobodnie w każdym wydaniu — pewność i głód, z jaką otwiera płytę na „From King” sprawia, że łatwo poczuć ciarki i ekscytację przed resztą odsłuchu. „Fear of God” wyprodukowane przez Hit-Boya idealnie spaja nowoczesny bounce z mocarnymi bębnami i klimatem rodem z lat 90. Chwilę później następuje zderzenie z zakurzonym i gęstym „Lemon” (Beat Butcher i Daringer odwalili tu kawał świetnej roboty) z fenomenalnym występem Method Mana — murowanym kandydatem na autora zwrotki roku. Podobne zachwyty towarzyszą albumowi do samego końca; „Front Lines”, „Juvenille Hell” czy „Spurs 3” zrównują go z liryczną jakością wydawnictw sprzed 20 lat, a oldchoolowe brzmienie to nie tylko pełne żalu westchnienie do minionych czasów, ale pełnoprawna reinkarnacja dopasowana do dzisiejszych standardów.

Niech pochwały wobec wycieczek w przeszłość nie zmylą osób, które mają więcej wspólnego z Young Thugiem niż Wu-Tang Clanem. To, co odróżnia Conwaya od jego mniej otwartych na zmiany rówieśników to godny pozazdroszczenia luz, przebojowość i charyzma. Podobnie jak reszta Griseldy, Machine bezpardonowo wozi się na swoich utworach, jak gdyby cały świat należał do niego. Made a few million, I barely announced it / Rappin’ better than niggas, I can barely pronounce shit czy Cop pulled me over in my imported Porsche / He said, This car must be a hundred K, I said, „You forty short — dilerskie przechwałki, bezlitosne punchline’y i śmiałe zaczepki raz za razem powodują uśmiech na twarzy. Kulminacją jest wyprodukowane przez Murda Beats „Anza”, które można przywodzi na myśl numery pokroju „0 to 100”. Jednak From King to a God to nie tylko bragga; dominuje tu jednak opowiedziana w wersach historia Conwaya, gościa, który widział niejedno, otarł się o śmierć i poświęcił całe życie, by wyrwać się z getta. Najlepiej słychać to w numerach takich jak „Forever Droppin Tears”, liście do zmarłych przyjaciół, Damaniego i DJ Shaya, pełnym emocji i szczerych wyznań. To właśnie takie momenty chwytają słuchacza ze serce i pozwalają utożsamić się z gospodarzem; I wrote this while gettin’ dressed for your funeral / And I hope heaven got a studio / Thinkin’ ’bout all the lives, including mine, that you impacted with this music, bro.

From King to a God nie jest idealne, ale oferuje coś, czego na próżno szukać u większości artystów. To ekstremalny pietyzm słyszalny w selekcji bitów, jakości linijek i egzekucji całości. Jeśli wydanie komercyjnego krążka było dla Conway’a szansą jedną na milion, z ręką na sercu można powiedzieć, że wykorzystał ją w 100%, wkładając w to całe swoje serce. Machine prezentuje się, brzmi i składa wersy lepiej, niż większość debiutujących, jak i znacznie bardziej doświadczonych artystów — a mowa o kimś, kto wybił się w mieście bez żadnego przemysłu muzycznego, i kto w wyniku fatalnej strzelaniny został skazany na życie (i rapowanie) ze sparaliżowaną połową twarzy. Czy w 2020 r. jest coś bardziej hip-hopowego, niż to?

Komentarze

komentarzy