conway the machine

J.I.D. powraca z fenomenalnymi singlami

J.I.S. serwuje nam „Skegee” i fenomenalne „Ballads”

J.I.D. to rapowy kocur z Altanty, który swojego czasu oddelegowany został w pola mainstreamowej rap rozgrywki z łatką „następcy Kendricka”. Z taką mocą przychodzi oczywiście też ogromna odpowiedzialność, więc formułka ta, jak nie trudno się domyślić, z jednej strony stanowiła błogosławieństwo niewątpliwego certyfikatu jakości, z drugiej zaś przekleństwo ciasnej szufladki w rozwijaniu własnych skrzydeł. Takimi projektami jak DiCaprio 2 czy kolaboracyjne Spilligon J.I.D. jednak pokazał, że nie tylko sprawnie umie wymanewrować między przypinanymi łatkami, ale i jego styl znacznie wykracza poza wysoki głos, zaangażowane teksty i rytmiczną akrobatykę. Ostatnie single jednak to już całkiem otwarty zamach stanu na panteon rapowego mainstreamu.

Nostalgiczny, osiedlowy soul „Skegee” zawiesza nas gdzieś między natchnionym ulicznictwem Pushy T a Outkastową, cwaniacką stylówką. Inwazyjne flow i przyjemny, ciepły beat rozgrzeją niejedno hip-hopowe serce. Prawdziwy nokaut serwuje jednak dopiero „Ballads”, gdzie gościnnie udziela się Conway the Machine. W trzech minutach ocieramy się zarówno o rozmarzony, nostalgiczny, kołysankowy soul sączący się nostalgią i tęsknotą, jak i o glitchujący się chaos rapowej neo-psychodelii. J.I.D. celuje prosto w serducho hip-hopowych wrażliwców, aby Conway mógł wjechać z biografizującym victory lapem w postaci drugiej zwrotki, która udowadnia tylko, że nawet po zeżarciu całej rapgry zeszłorocznymi wydawnictwami, Griselda nadal jest nienasycona i niesie na sztandarach streetowe orędownictwo.

Już na ten moment można stwierdzić, że nadchodzący krążek J.I.D. to będzie ważny punkt tegorocznego hip-hopowego harmonogramu. Cieszy to, że Atlanta kontynuuje bycie jednym z czarnych koni hip-hopowego środowiska, a concious rap nie kończy się na Kendricku.

 

Griselda dzieli się soundtrackiem do swojego własnego filmu

Griselda prezentuje soundtrack do nakręconej przez nich krótkometrażówki– Conflicted

Kolektyw Griselda miał przekozacki rok 2020. Trzy płyty Westside Gunna (w tym największy dotychczasowy komercyjny sukces kolektywu w postaci Pray for Paris), dwie kolaboracyjne EPki Conway’a the Machine i jego solowy album From King to a GOD dobijający się do większości zeszłorocznych rankingów najlepszych albumów i bardzo mocne Burden of Proof Benny’ego Buthera. Do tego dorzućmy dziesiątki featuringów, także na krążkach okładkowych wyjadaczy i ogromne sukcesy innych podopiecznych wytwórni na czele z Boldym Jamesem, który po trzech monumentalnych zeszłorocznych albumach jawi się jako pretendend do panteonu współczesnego boom bapu i narkotycznego jazz rapu. Jakież zatem lepsze zwieńczenie tak dobrego roku, niż, w myśl klasyków gatunku i niepisanych brukowych tradycji, nakręcenie własnego filmu. Conflicted ma się ukazać w tym roku i, pozostając w klimatach muzyki kolektywu, serwować ma wgląd w gangusowsko-dilerską rzeczywistość osiedlowych porachunków. Muzycy (filmowcy?) w ramach promocji filmu podzielili się soundtrackiem do krótkometrażówki, na którym roi się od nokturnalnych, oldschoolowych, narkorapowych boom bapów i osiedlowych gangsta rapsów przewijanych przez lokalnych underdogów. Najintensywniej na płycie udziela się Westide Gunn, który zaserwował nam także singiel promujący wydawnictwo, czyli przewózkowe „The Hurt Buisness” z gościnnym udziałem Smoke DZA i Wale’a. Całości nie brakuje Griseldowskiego ucha do wysmakowanych sampli i przyjemnie ziarnistego, brudnego brzmienia. Jesteśmy totalnie ciekawi jak siądzie to w kontekście samego filmu.

Recenzja: Conway the Machine From King to a God

okladka plyty conway the machine

okladka plyty conway the machine

Conway the Machine

From King to a God (2020)

Griselda

Niewiele składów namieszało na hip-hopowej scenie w ostatnich latach tyle, co chłopaki z Griselda Records. Dziesiątki projektów, słowa uznania płynące z każdej strony, kontrakty i współprace z raperami z czołówki udowodniły, że ortodoksyjny styl może z powodzeniem zainteresować współczesnego słuchacza. Nic dziwnego, że artyści z Buffalo z coraz większym apetytem zaczęli spoglądać na mainstreamowy rynek. Pierwszy krok w tym kierunku zrobił Westside Gunn z Pray for Paris — teraz przyszła kolej na jego starszego brata, Conway’a the Machine. Imponujący zestaw gości i producentów to potężne atuty na debiutanckim krążku, ale hitowy potencjał From King to a God kryje się gdzie indziej.

Rzadko kiedy próby łączenia hip-hopu rodem ze złotej ery z nowoczesnym brzmieniem kończą się dobrze; muzyczna skostniałość i niezdrowa nostalgia sprawiają, że starsi artyści miewają problem z odnalezieniem się we współczesnych realiach. Ale nie dotyczy to Conway’a the Machine, który na swój komercyjny debiut zwerbował imponujący zestaw gości i producentów z różnych światów. I co najważniejsze, zrobił z tego użytek. Brzmieniowo From King to a God balansuje między drapieżnym boombapem, a klubowymi hymnami, których nie powstydziłby się Drake czy Meek Mill. Conway czuje się swobodnie w każdym wydaniu — pewność i głód, z jaką otwiera płytę na „From King” sprawia, że łatwo poczuć ciarki i ekscytację przed resztą odsłuchu. „Fear of God” wyprodukowane przez Hit-Boya idealnie spaja nowoczesny bounce z mocarnymi bębnami i klimatem rodem z lat 90. Chwilę później następuje zderzenie z zakurzonym i gęstym „Lemon” (Beat Butcher i Daringer odwalili tu kawał świetnej roboty) z fenomenalnym występem Method Mana — murowanym kandydatem na autora zwrotki roku. Podobne zachwyty towarzyszą albumowi do samego końca; „Front Lines”, „Juvenille Hell” czy „Spurs 3” zrównują go z liryczną jakością wydawnictw sprzed 20 lat, a oldchoolowe brzmienie to nie tylko pełne żalu westchnienie do minionych czasów, ale pełnoprawna reinkarnacja dopasowana do dzisiejszych standardów.

Niech pochwały wobec wycieczek w przeszłość nie zmylą osób, które mają więcej wspólnego z Young Thugiem niż Wu-Tang Clanem. To, co odróżnia Conwaya od jego mniej otwartych na zmiany rówieśników to godny pozazdroszczenia luz, przebojowość i charyzma. Podobnie jak reszta Griseldy, Machine bezpardonowo wozi się na swoich utworach, jak gdyby cały świat należał do niego. Made a few million, I barely announced it / Rappin’ better than niggas, I can barely pronounce shit czy Cop pulled me over in my imported Porsche / He said, This car must be a hundred K, I said, „You forty short — dilerskie przechwałki, bezlitosne punchline’y i śmiałe zaczepki raz za razem powodują uśmiech na twarzy. Kulminacją jest wyprodukowane przez Murda Beats „Anza”, które można przywodzi na myśl numery pokroju „0 to 100”. Jednak From King to a God to nie tylko bragga; dominuje tu opowiedziana w wersach historia Conwaya, gościa, który widział niejedno, otarł się o śmierć i poświęcił całe życie, by wyrwać się z getta. Najlepiej słychać to w numerach takich jak „Forever Droppin Tears”, liście do zmarłych przyjaciół, Damaniego i DJ Shaya, pełnym emocji i szczerych wyznań. To właśnie takie momenty chwytają słuchacza ze serce i pozwalają utożsamić się z gospodarzem; I wrote this while gettin’ dressed for your funeral / And I hope heaven got a studio / Thinkin’ ’bout all the lives, including mine, that you impacted with this music, bro.

From King to a God nie jest idealne, ale oferuje coś, czego na próżno szukać u większości artystów. To ekstremalny pietyzm słyszalny w selekcji bitów, jakości linijek i egzekucji całości. Jeśli wydanie komercyjnego krążka było dla Conway’a szansą jedną na milion, z ręką na sercu można powiedzieć, że wykorzystał ją w 100%. Machine prezentuje się, brzmi i składa wersy lepiej, niż większość debiutujących, jak i znacznie bardziej doświadczonych artystów — a mowa o kimś, kto wybił się w mieście bez żadnego przemysłu muzycznego, i kto w wyniku fatalnej strzelaniny został skazany na życie (i rapowanie) ze sparaliżowaną połową twarzy. Czy w 2020 r. jest coś bardziej hip-hopowego, niż to?

Conway The Machine wypuścił debiutancki album

Po serii epek i albumie Griseldy dla Shady Records przyszedł czas na solowy debiut Conwaya. W piątek ukazało się From King To A God – pierwsza pełnowymiarowa płyta rapera z Buffalo. Jedno spojrzenie na tracklistę i można powiedzieć, że jest ciekawie. Gościnki Method Mana, Lloyda Banksa czy Freddie’ego Gibbsa; produkcje Havoca, DJ’a Premiera, Ericka Sermona i Rockwildera, a nawet Murda Beatza i Hit-Boya pokazują, że możemy mieć do czynienia z naprawdę ponadprzeciętnym materiałem. Bity od dwóch ostatnich też mówią, że sam Conway myśli raczej o wyjściu poza strefę komfortu w postaci mrocznej warstwy dźwiękowej, jaką zwykle serwują nam Daringer i The Beat Butcha, którzy też są tu obecni. From King To A God jest debiutem, ale stanowi zaledwie przedsmak przed oficjalną płytą Maszyny dla Shady. God Don’t Make Mistakes w drodze.

Jest pierwszy singiel z albumu Griseldy dla Shady Records

Od długiego czasu wiadomo, że dwóch filarów Griselda Records: Westside Gunn i Conway The Machine podpisało kontrakt z Shady Records Eminema. Po długich zapowiedziach wreszcie pojawił się pierwszy singiel, jednak nie w duecie, a razem z Bennym The Butcherem, również członkiem macierzystej wytwórni obydwu mc’s i raperem robiącym ostatnio sporo zamieszania świetnym debiutem Tana Talk 3. Krążek wyjdzie ostatecznie jako album supergrupy Griselda, w skład której wchodzi cała trójka. Całość wyprodukują Daringer, główny beat maker Griselda Records, i Beat Butcha. Jest już pierwszy singiel „Dr. Bird’s” z charakterystycznym klimatem i minimalizmem w podkładzie i rewelacyjnymi nawijkami wszystkich trzech raperów. Premiera albumu zatytułowanego W.W.C.D. 29 listopada.