Recenzja: Ariana Grande Thank U, Next

Data: 25 marca 2019 Autor: Komentarzy:

Ariana Grande

Thank U, Next (2019)

Republic

Niewinna, łagodna, piękna, z tlenionymi włosami i przejmującym, zapatrzonym w dal wzrokiem — taka jest Ariana Grande na okładce wydanego zaledwie parę miesięcy temu Sweetener. Nie do końca było wiadomo, czy to wzrok pełen nadziei czy strachu. Z pewnością był to ważny moment w jej życiu, w końcu zdołała pozbierać się po zamachu w Manchesterze i ponownie dać fanom muzykę i kolejny kawałek siebie. Z perspektywy czasu, Sweetener okazuje się istotny dla kariery wokalistki, jest początkiem jej artystycznej emancypacji oraz krokiem w bok z poprawnej do bólu popowej ścieżki.

Okładka jej najnowszego wydawnictwa, Thank U, Next, powstała jakby w odpowiedzi do swojej poprzedniczki. Jest odbiciem w krzywym zwierciadle — kolejne tragiczne wydarzenia w życiu wokalistki sprawiły, że przesłodzony wizerunek ustąpił tajemniczej, nagiej i mrocznej Arianie. Nie oznacza to, że nie odnalazła siły, wręcz przeciwnie, stara się zamknąć ten tragiczny okres, rozliczyć ze sobą i ze swoimi bliskimi oraz zmierzyć się z tragiczną śmiercią jej byłego partnera, Maca Millera. Ariana próbuje przejąć kontrolę nad swoim życiem, ale w przeciwieństwie do Sweetenera nie epatuje co chwilę szczęściem — w końcu daje sobie przyzwolenie na chwile słabości.

Thank U, Next nie było w planach. Po śmierci Maca, Ariana postanowiła odpocząć i pozbierać się po tragedii. Nie wisiała nad nią wytwórnia dobijająca się o kolejną płytę, w końcu dopiero co wydała świetnie przyjęte Sweetener. Mimo to, po półtoramiesięcznej przerwie, zdecydowała się wejść do studia i wszystkie swoje cierpienia przekuć na muzykę. Tym razem zrobiła to inaczej, w gronie najbliższych przyjaciół i współpracowników, którzy nie popychali jej do nagrywania. Jak widać, swoboda artystyczna oraz potrzeba ekspresji, wyszły jej na dobre. Czuć, że to jej album, zrobiony z własnej potrzeby, nienastawiony na aktualne trendy. Owszem, muzycznie czerpie z nich garściami, sporo tu odniesień do trapu, ale tak osobiste zwierzenia nie mogą być i nie są jedynie produktem. Ariana jest współautorką wszystkich piosenek. Skojarzenie dosyć luźne, bo kontekst powstania płyty zupełnie inny, ale Thank U, Next jest trochę jak Anti Rihanny, która tym krążkiem wreszcie zerwała z byciem kukiełką na bitach akurat modnych producentów. W przypadku Grande, ten proces należy rozłożyć na dwie płyty, ale to ta ostatnia jest jego ukoronowaniem. Featów brak, ale o dziwo, nie oznacza to wcale nudy. Poza tym zaproszenie jakiegokolwiek muzyka do pojawienia się jedynie jako ozdoba materiału dotykającego tak osobistych spraw, byłoby czymś, co zaprzecza jego idei. Jedynego featuringu, który pasowałby do wydźwięku albumu, nie usłyszymy już nigdy.

Ariana od jakiegoś czasu jest na świeczniku. Status supergwiazdy sprawia, że wiemy o niej wszystko. Stąd kontrowersje wokół pierwszego singla promującego album. „Thank U, Next” — zapowiadało tematykę albumu, który piosenkarka w całości poświęciła tematyce nieudanych związków, miłości i własnym wewnętrznym zmaganiom. Wiemy, że Grande nagrała różne wersje piosenki, na wypadek, gdyby jednak doszło do zaręczyn z Petem Davidsonem. Ariana zamiast chronić prywatność, wymienia swoich eks z imienia i nazwiska, w przewrotny sposób komentując nieudane związki. Utwór, w połączeniu z intertekstualnym teledyskiem, szybko osiągnął viralowy sukces, stając się nowym hymnem niezależnych nastolatek i godnym następcą „New Rules” Dui Lipy. W jednym z wywiadów Ariana przyznała, że tekstu „Thank U, Next” używa zawsze, by dodać sobie pewności siebie i przezwyciężyć przeciwności. Numer zyskał również wydźwięk feministyczny, dotykając tematu siły kobiet zdecydowanie zgrabniej niż prostolinijne „God Is a Woman”.

Nowy album Ariany to emocjonalne wzloty i upadki. Bliźniacze do tytułowego hitu są między innymi „Bad Idea”, „7 Rings” czy „Bloodline”, podobnie żywiołowe, stworzone ku pokrzepieniu i mające być dowodem na nową, silną Grande. Znacznie ciekawsze są te mroczne utwory, chwytające za gardło szczerością. Album otwierają dwie ballady — „Imagine” i „Needy”. Pierwsza z nich to numer otwarcie nawiązujący do Maca Millera. Ariana snuje w nim utopijną wizję ich wspólnego życia. Przy okazji pokazuje wokalne umiejętności, skutecznie sięgając po rejestr gwizdkowy. W minimalistycznym „Needy” również to ona jest na pierwszym miejscu — jej refleksje oraz jej głos. To dobra zmiana po Sweetenerze, na którym za dużo było post-trapowej deklamacji. Na szczególną uwagę zasługuje jeszcze „Ghostin”, który o mały włos, a nie znalazłby się na płycie — byłoby szkoda, bo to jeden z highlightów albumu. Już sama warstwa muzyczna przyprawia o dreszcze. Tajemnicze dźwięki są bowiem zdeformowanym samplem z „2009” Maca Millera, co dużo wyjaśnia przy interpretacji tekstu. Nieszczęśliwa miłość okazuje się przeszkodą w normalnym funkcjonowaniu i stworzeniu związku z Petem Davidsonem.

Płytę bronią również świetne bity, które stylistyką oscylują gdzieś między R&B a najnowszymi trendami trapowymi. Najmocniejszy pod tym względem jest zamykające płytę „Break Up With Your Girlfriend, I’m Bored” wyprodukowane przez duet Max Martin i ILYA. Mimo to znajdą się też numery zdecydowanie za słodkie muzycznie jak na ten etap twórczości — wśród nich „NASA” czy „Make Up”. Paradoksalnie, urocza Grande, którą niektórzy krzywdząco postrzegają jedynie jako jedną z ikon nastolatek, jest ciekawsza w mroczniejszych klimatach. A może po prostu chodzi o to, że sama przejęła kontrolę nad swoją muzyką? Ten album to zdecydowany krok w stronę dojrzałości artystycznej oraz wykładnia wewnętrznej batalii artystki. Miejmy nadzieję, że wygranej.

Komentarze

komentarzy